Ratyfikacyjny geszeft - tarcza za Lizbonę

Jacek Zalewski
opublikowano: 2008-08-22 00:00

Świąteczna atmosfera, unosząca się w środę nad podpisywaniem umowy o tarczy antyrakietowej, powoli opada. W Sali Kolumnowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów przypomnienie pytania „czy zna pan Rona Asmusa”, którym prezydent Lech Kaczyński politycznie molestował ministra Radosława Sikorskiego, byłoby okropnym nietaktem. Ale tylko na pozór — uroczystość miała drugie dno, podskórnie przesycona była wzajemnymi drobnymi złośliwostkami i szyderczymi uśmiechami. W kategorii wzajemnych protokolarnych nietaktów sterników naszego państwa w ostatnich latach sytuuję ją na drugim miejscu, zaraz po pamiętnym wyrywaniu sobie polskiej flagi przez Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera 1 maja 2004 r. w Dublinie.

Na ziemię najszybciej wróciliśmy w kwestii ratyfikacji umowy o tarczy. Prezydent Lech Kaczyński nawet nie czekał, aż przyschnie atrament pod układem i natychmiast zaczął się domagać pilnego przeprowadzenia procedury ratyfikacyjnej, aby on mógł złożyć końcowy podpis przed 20 stycznia 2009 r., kiedy to George W. Bush przestanie być prezydentem USA i przekaże obowiązki następcy wybranemu 4 listopada 2008 r. Po pierwsze — Kaczyński czuje z Bushem ideowe pobratymstwo i chciałby mu zrobić pożegnalny prezent. Po drugie — potwierdziłby tym samym tezę, że w kwestii tarczy główną zasługę położył rząd Jarosława Kaczyńskiego. Po trzecie zaś — zasadnie się obawia, że jeśli wybory prezydenckie wygra Barack Obama, to tarcza posłana zostanie przez Amerykanów do kosza, co po wcześniejszej obustronnej ratyfikacji umowy byłoby jednak trochę utrudnione.

W sprawie ratyfikacji traktatu z Lizbony, na czym z kolei nadzwyczaj zależy premierowi Donaldowi Tuskowi, prezydent ma zdanie dokładnie odwrotne — nie ma co się spieszyć, a z końcowym podpisem lepiej poczekać na ostateczne rozstrzygnięcie Irlandii (abstrahując od niewykonania warunków kompromisu helskiego — tutaj piłka znajduje się po stronie rządowej, bo projektu ustawy kompetencyjnej wciąż nie ma). Czyli — aż się sama, prosi transakcja zaproponowana w tytule.

Jacek Zalewski