Redukcja stóp o dwa punkty była niezbędna

Cezary Koprowicz
opublikowano: 2001-05-22 00:00

Redukcja stóp o dwa punkty była niezbędna

Polska gospodarka za szybko wraca do stanu równowagi — twierdzi Jarosław Bauc, minister finansów. Spadająca inflacja i lepszy bilans obrotów bieżących spowodują niższe wpływy do budżetu. Najbardziej szkodzi budżetowi mocny złoty. Ten problem mogłaby rozwiązać już w kwietniu redukcja stóp o dwa punkty procentowe.

„Puls Biznesu”: Warunki makroekonomiczne na świecie zmieniają się obecnie tak szybko, że nie nadążają za nimi żadne prognozy. Dotyczy to przede wszystkim prognoz zapisanych w ustawie budżetowej. Jakie będą tego konsekwencje dla Polski?

Jarosław Bauc: Nasza gospodarka odczuwa te zmiany w większym stopniu niż kraje rozwinięte. Inna jest skala zagrożeń. W Europie wszyscy zastanawiają się, czy PKB wzrośnie w tym roku o 3,2 proc., czy może 2,6 proc. Wahania dotyczące wzrostu gospodarczego mogą wynieść tam pół punktu procentowego. U nas prognozy wzrostu PKB wahają się między 2,5 proc. a 4,5 proc. Jest to pewna cena za niedojrzałość gospodarki.

Na razie nie wiadomo, jakie będą konsekwencje spowolnienia wzrostu gospodarczego za granicą dla naszej gospodarki. Ameryka, choć w I kwartale osiągnęła wzrost PKB na poziomie 2 proc., to w skali roku może jeszcze wyjść na zero. Gospodarka polska, która jedną trzecią PKB wymienia ze światem, siłą rzeczy jest wciągnięta w orbitę koniunktury światowej.

W świetle tych zmian już nikt rozsądny nie może powiedzieć, że utrzymamy zaplanowane w budżecie tempo wzrostu.

„PB”: Jakie jeszcze widzi Pan zagrożenia dla naszej gospodarki?

J.B.: Wzrostowi gospodarczemu zagrażają także czynniki wewnętrzne. Gospodarka polska rozwijała się bardzo szybko w połowie lat 90. kosztem systematycznej i szybko powiększającej się nierównowagi. To na dłuższą metę było nie do utrzymania. Efekt był taki, że w ubiegłym roku o tej porze mieliśmy szczyt nierównowagi w postaci rekordowego deficytu na rachunku obrotów bieżących, który wyniósł 8,3 proc. PKB.

Stopa inwestycji od 1994 roku rosła bardzo szybko — z 20 do 27 proc. Zawsze jest tak, że rosnąca stopa inwestycji sprzyja wzrostowi gospodarczemu. Nie można jednak zakładać, że stopa inwestycji będzie cały czas rosnąć w takim tempie. Stopa inwestycji zatrzymała się więc na poziomie około 27 proc. Tempo wzrostu nakładów inwestycyjnych jest też bardzo niskie, aczkolwiek są one wyższe niż kiedyś. Tymczasem dla wzrostu PKB ma znaczenie właśnie tempo wzrostu wydatków inwestycyjnych.

Już nigdy nie powrócimy do tempa wzrostu inwestycji z połowy lat 90.

„PB”: Jaka jest obecnie polityka makroekonomiczna?

J.B.: Polityka makroekonomiczna — i fiskalna, i pieniężna — musi być restrykcyjna. Można powiedzieć, że fiskalna wcale taka nie jest. Faktycznie, na początku roku deficyt budżetowy jest prawie wyczerpany, a wzrost PKB jest zrealizowany na poziomie jednej trzeciej. Chcę jednak przypomnieć, że w roku 2000 ograniczyliśmy wydatki budżetu prawie o 5 mld zł. Nie dopuszczałem wówczas możliwości nowelizacji budżetu, bo mieliśmy wysoką inflację i wysoki deficyt na rachunku obrotów bieżących.

Popyt krajowy generowany przez sektor publiczny był natomiast mniejszy niż planowano. Popyt prywatny też spadł na skutek wysokich stóp procentowych i to jest trzeci czynnik powodujący spowolnienie gospodarcze.

O ile czynniki zewnętrzne i spadek tempa inwestycji można uznać za istotne w długim okresie, o tyle czynniki popytowe działają na PKB w krótkim okresie i teraz obserwujemy tego skutki.

Gospodarka staje się bardziej konkurencyjna, coraz trudniej jest się przebić — to jest oczywiste. Stopa zysku spada, bo tak być musi przy coraz większej konkurencji. Czasy, gdy przedsiębiorstwa miały kilkunastoprocentową rentowność, już nie wrócą.

„PB”: Czy to znaczy, że nie trzeba się martwić?

J.B.: Wysokie stopy procentowe działają na wzrost gospodarczy na krótką metę. Na to powinno się patrzeć w długim okresie. Bardzo łatwo jest zwiększyć wzrost gospodarczy na krótką metę, i to nawet jeszcze w tym roku obniżając stopy czy podchodząc mniej rygorystycznie do budżetu. To jednak nie ma sensu, bo za dwa lata efektem tego byłaby recesja.

„PB”: Czy akceptuje Pan wysokie stopy w Polsce?

J.B.: Nie rozumiem polityki pieniężnej, a szczególnie pewnych decyzji. Uważam, że to ona ostatnio jest najbardziej odpowiedzialna za silnego złotego. Tymczasem silna waluta to dodatkowy element restrykcyjności polityki pieniężnej. Efekt silnego złotego będziemy odczuwać już od połowy roku. Zawsze mówiłem, że nie jestem za niskimi stopami w naszej gospodarce. One będą wysokie, bo trudno nagle przestawić politykę monetarną. Zejście z wysokich stóp przy spadającej inflacji trzeba rozegrać finezyjnie. Na razie jednak scenariusz ich obniżania działa aprecjacyjnie na złotego, bo oczekiwania na dalsze redukcje rosną. Na krótką metę bardzo się opłaca zainwestować w złotego.

Zakres równowagi w naszej gospodarce znacznie się poprawił. Fundamenty makroekonomiczne są dobre. Nie widzę jednak żadnego uzasadnienia dla obecnych kursów.

„PB”: Takie słowne interwencje zarówno Pana, jak i członków RPP nie przynoszą jednak rezultatu. Co można zrobić, by kurs złotego był zdrowy dla naszej gospodarki?

J.B.: Nic. Inflacja i deficyt na rachunku obrotów bieżących nie będą spadały w nieskończoność. Inflacja już teraz osiągnęła poziom spodziewany na koniec roku. Jeżeli uda się ją ustabilizować, dalszy proces dezinflacji mógłby odbywać się już wolniej, a w chwili wejścia do UE możemy mieć inflację około 3 proc. To będzie przyzwoity wynik.

Wysoki kurs złotego odbije się na eksporcie w II połowie roku. Deficyt na rachunku może więc być gorszy niż obecnie, czyli 5,3 proc. PKB. Nie ma więc powodów o dalszej aprecjacji złotego i napływu krótkoterminowego kapitału.

„PB”: Wymienił Pan wiele zagrożeń dla polskiej gospodarki. Jaki będą one miały wpływ na wykonanie budżetu?

J.B.: Zły. Niższy PKB i niższa inflacja to niższa nominalna baza podatkowa. Wzrost PKB też na pewno będzie niższy niż zapisany w ustawie. To nie wszystko. Lepszy rezultat w obrotach bieżących będzie skutkował niższymi wpływami z podatków pośrednich. Nawet pozytywne czynniki, czyli spadająca inflacja i lepszy bilans, będą działały negatywnie na naszą gospodarkę. Nie mówię już o kursie złotego, który ,,kładzie’’ dochody z VAT od importu oraz cła.

„PB”: Czy to znaczy, że gospodarka zbyt szybko wróciła do bezpiecznego stanu?

J.B.: Zawsze mówiłem, że boję się zbyt szybkiej poprawy, bo może ona nie być trwała.

„PB”: Jakie więc podjąłby Pan decyzję zasiadając w Radzie Polityki Pieniężnej?

J.B.: Nie powiem, co zrobiłbym teraz. Uważam, że w kwietniu był dobry moment, by zastopować oczekiwania na dalszą aprecjację złotego. Wówczas można było obniżyć stopy o 2 punkty procentowe. Nie byłoby teraz problemu mocnej waluty. Rozłożone w długim czasie małe redukcje stóp nie powstrzymają napływu krótkoterminowego kapitału.

„PB”: RPP z kolei domaga się od rządu reform strukturalnych.

J.B.: Reformy strukturalne mają zasadnicze znaczenie dla wzrostu PKB, inflacji, kursów walutowych. Skutki takiego działania odczujemy jednak najwcześniej za 1,5 roku do 2 lat. Trzeba zrównoważyć rynek pracy. Wynagrodzenie generowane w prawie pracy przez różnego rodzaju przepisy fiskalne i ubezpieczeniowe jest dalekie od poziomu, który może równoważyć popyt i podaż na tym rynku. To jest kluczowy problem.

„PB”: Co Pan zrobił w tym kierunku?

J.B.: Wyszedłem z kolejną propozycją obniżenia podatków, która nie dewastuje budżetu. Ta propozycja wraz z innymi rozwiązaniami ograniczy koszt pracy.

„PB”: Ta propozycja padła na wiosnę 2001 roku, kiedy bezrobocie sięga 16 proc. Dlaczego tak późno?

J.B.: Sejm zajmował się redukcją podatków przez ostatnie dwa lata i raz nawet skutecznie, ale nie została ona wprowadzona w życie. Teraz jest ostatnia szansa, by w ogóle kiedykolwiek zreformować PIT. Po wyborach rząd ukonstytuuje się dopiero w listopadzie i będzie już za późno. Podatków nie można zmieniać w trakcie roku, zmiany więc mogą zajść dopiero od 2003 roku. Tymczasem w 2002 roku bezrobocie może być już znacznie większe niż obecnie.

„PB”: Do wyborów coraz bliżej, a prace nad reformą przeciągają się.

J.B.: To jest do zrobienia. W Sejmie już nie ma nad czym dyskutować. Reforma jest nie tylko w tej chwili możliwa do zrealizowania, ale absolutnie konieczna.

„PB”: W komunikatach z posiedzeń RPP regularnie pojawia się zarzut, że polityka fiskalna jest za luźna. To Pan jest za nią odpowiedzialny.

J.B.: RPP, a wcześniej jeszcze NBP, krytykuje politykę fiskalną od zawsze. Postulat był jeden: ciaśniejsza polityka fiskalna. Z punktu widzenia polityki pieniężnej to żądanie jest oczywiste, bo władze monetarne mają łatwiejsze zadanie, jeśli polityka fiskalna jest restrykcyjna. Zwykle minister finansów jest utożsamiany z polityką fiskalną, ale niesłusznie. Zasadnicze decyzje zapadają poza Ministerstwem Finansów — w Sejmie.

„PB”: To jest Pana pierwszy samodzielny budżet. Jak Pan się czuje teraz, gdy sytuacja wymyka się spod kontroli?

J.B.: Źle. Niektóre ze wskaźników zupełnie mnie zaskoczyły. Na ich większość nie mam wpływu. Obecnie mamy niedobór dochodów i trudności w realizacji budżetu. Mamy przed sobą jednak jeszcze 7 miesięcy. Nie można wykluczyć większej aktywności gospodarczej w II połowie roku. Tym bardziej że wydatki były skoncentrowane na początku roku, a większość spodziewanych dochodów wpłynie pod koniec roku. Realizacja budżetu będzie więc łatwiejsza.

„PB”: Czy przewiduje Pan możliwość nowelizacji budżetu?

J.B.: Nie. Może jednak dojść do cięć wydatków.

„PB”: W przypadku prywatyzacji jest Pan dziwnie spokojny. Dlaczego?

J.B.: Prywatyzacja nie ma wpływu na to, czy ten budżet uda się zrealizować, czy też nie. Wytłumaczę to na podstawie gospodarstwa domowego. Jest rodzina, która pracuje i ma dochody. Jeśli w danym roku chce wydać więcej, niż zarobi, to musi albo się zapożyczyć w banku, albo sprzedać samochód czy dom. Sprzedaż samochodu to nic innego, jak prywatyzacja. To, plus inne dochody, mogą być źródłem finansowania dodatkowych wydatków. Jeśli rodzina nie zechce sprzedać samochodu, uda się do banku i zaciągnie kredyt, a to nic innego jak emisja papierów skarbowych państwa. W każdym z tych przypadków wydatki uda się zrealizować.

Bieżąca prywatyzacja nie przekłada się na sytuację budżetu. Z drugiej strony sprywatyzowane przedsiębiorstwa lepiej funkcjonują i ich kondycja w przyszłości może mieć pozytywny wpływ na budżet.

„PB”: W przyszłości jednak trzeba będzie ponieść koszt emisji papierów.

J.B.: Ale prywatyzacja, tak czy inaczej, będzie musiała być przeprowadzona. Jeżeli w przyszłym roku uda się sprzedać więcej, to państwo będzie miało niższe potrzeby pożyczkowe.

„PB”: Jak Pan ocenia obecną pracę ministerstwa skarbu?

J.B.: Nastąpiła kolosalna poprawa. Prywatyzacja została zdecydowanie przyspieszona. Nie zdziwię się, gdy wpływy zaplanowane na ten rok zostaną zrealizowane.