Rolnicy doczekają się giełdy

Analizę związaną z budową parkietu rozpoczęła GPW. Przetwórcy stawiają na giełdę spółdzielczą. Jest też polityczne poparcie dla tej idei. Werbalne

Zapowiedzi utworzenia nowoczesnej giełdy rolnej padają od lat i dotychczas na zapowiedziach się kończyło. Zmienić może to Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW).

— Rozpoczęliśmy profesjonalne analizy. Bardzo bym chciał, żeby okazało się, że warto, ale poczekajmy do wyników tych analiz. Na pewno będziemy szukali kolejnych możliwości dywersyfikacji naszego biznesu i jednocześnie wspierania rozwoju i podnoszenia standardów polskiego rynku — mówi Adam Maciejewski, prezes GPW. Szczegółów ujawnić nie chce.

Chicago i… długo nic

Zdaniem Michała Koleśnikowa z Banku BGŻ, rośnie zainteresowanie przedsiębiorców i rolników parkietem, ale — nawet na rynkach giełdowych bardziej rozwiniętych niż polski — rolne kontrakty terminowe nie odniosły spektakularnego sukcesu.

— Wydaje się, że Europie wystarczają obecnie rynki terminowe w dwóch miastach — Paryżu i Londynie, choć obroty na każdym z nich i tak są kilkadziesiąt razy mniejsze niż na giełdzie w Chicago. Nie ma wystarczająco dużego zainteresowania takimi instrumentami i w Polsce może być podobnie. Firmom działającym na rynkach rzeczywistych nieraz wystarczą ceny z Chicago lub Paryża do ustalenia warunków przyszłej transakcji. Rynek lokalny byłby przydatny, gdyż nie byłoby problemu wahań kursów walutowych, jednak problemem byłaby na nim płynność. Nie wiadomo kto miałby ją zapewniać — twierdzi Michał Koleśnikow.

Jego zdaniem, w normalnym obrocie polski rolnik najczęściej sam negocjuje warunki z odbiorcą i nie potrzebuje do tego platformy giełdowej.

— Dzieje się tak na rynku zbóż, rzepaku czy żywca. Jedyną kategorią spożywczą, w której w miarę prężnie funkcjonują lokalne rynki hurtowe, są warzywa i owoce. Widać to chociażby po warszawskich Broniszach. Warszawska Giełda Towarowa (WGT) działała bardzo intensywnie w czasach, gdy była państwowa interwencja i zapasy zgromadzone przez ARR sprzedawano właśnie przez tę giełdę. Później ruch na niej znacznie się zmniejszył — dodaje Michał Koleśnikow. W rynki lokalne i rzeczywiste wierzy Zenon Daniłowski, jeden z twórców WGT, a obecnie prezes Makaronów Polskich. Do rynku terminowego podchodzi sceptycznie.

— Z 5 mln ton pszenicy konsumpcyjnej rocznie jesteśmy zbyt marginalnym rynkiem, żeby uruchomić kapitał spekulacyjny będący istotą kontraktów terminowych. Ceny zbóż w bardzo niewielkim stopniu zależą od tego, co się dzieje na polskim rynku, a determinowane są globalnie. Dlatego też nie widzę zainteresowania po stronie podażowej — jako producent makaronów musiałbym znaleźć kogoś, kto się ze mną o tę cenę założy. Przedsiębiorstwa handlujące zbożem nie wykazują takiego zainteresowania — twierdzi Zenon Daniłowski.

Giełda, ale spółdzielcza

Za giełdą rolną od lat oręduje część przetwórcza spożywczego biznesu. Tłumaczy, że jako szósty producent żywności w UE giełd rolnych potrzebujemy, a parkiet chce oddać w ręce rolników.

— Giełda rolna na GPW spełniałaby tylko jedną z funkcji, jakie mogą pełnić spółdzielcze giełdy rolne, bo zajmowałaby się obrotem. Giełdy spółdzielcze natomiast stanowią centrum zarządzania produkcją żywności i prowadzenia biznesu żywnościowego. To z nich wypływają informacje o agrotechnice, czyli tym, jak uprawiać, jakie odmiany w danym sezonie i na danym terenie, a także jakie mają być standardy surowca rolnego. Później skupują jednolity surowiec od rolników i tworzą duży strumień wystandaryzowanego surowca, bo tylko takim można obracać na dużą skalę i sprzedawać go również do innych krajów. Wtedy możliwe jest również prowadzenie nowoczesnych działań marketingowych i budowanie polskiej marki surowców rolnych. Dodatkowo rolnicy jako spółdzielcy unikają pośredników, którzy zjadają w tej chwili poważną część ich zysków. Jednocześnie z zysków wypracowanych przez taką giełdę finansowane są ubezpieczenia dla rolników np. na wypadek nieurodzaju — mówi Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności (PFPŻ).

Jego zdaniem, takie giełdy funkcjonują w Niemczech i we Francji, a z powodu ich braku w Polsce nasi przetwórcy zaopatrują się w surowiec na rynkach zagranicznych.

— To, co się stało z produkcją polskiej wieprzowiny [z jej eksportera staliśmy się w ostatnich latach importerem — red.], jest efektem właśnie braku zorganizowanego, nowoczesnego rynku towarowego — dodaje Andrzej Gantner.

Warunek konieczny

Powstanie rynku giełdowego wspiera resort rolnictwa. Werbalnie. Biuro prasowe napisało nam, że „widzi potrzebę rozwoju struktur rynkowych umożliwiających sprawne funkcjonowanie i rozwój rolnictwa, przemysłu rolno-spożywczego oraz dostarczanie konsumentom produktów żywnościowych wysokiej jakości. Giełdy towarowe z uwagi na wysoki stopień zorganizowania obrotu towarami mogłyby odegrać istotną rolę w osiąganiu tych celów przez zwiększenie bezpieczeństwa realizowanych transakcji, między innymi poprzez wystandaryzowanie kontraktów, struktury giełdy zabezpieczające właściwe wykonanie zobowiązań stron kontraktu. Z wyżej wskazanych względów istnienie struktur nowoczesnego handlu surowcami rolnymi, takich jak giełdy rolne, jest pożądane i sprzyjałoby zwiększeniu przejrzystości rynku”. Jednocześnie z wszelkimi pytaniami dotyczącymi podejmowania działań, by taki rynek powstał, resort odesłał nas do Ministerstwa Gospodarki (MG). MG po kilku dniach skierowało nas natomiast do ministra finansów, którego biuro prasowe odpowiedziało, że sprawy giełd rolnych i rynków rolnych nie należą do jego właściwości. Czy polityczne wsparcie rzeczywiście jest giełdzie potrzebne? Zdaniem Andrzeja Gantnera, w sensie prawnym zupełnie nie, ale bez wsparcia finansowego dzięki wykorzystaniu odpowiednich funduszy unijnych spółdzielcze giełdy rolne nie będą w stanie ruszyć.

OKIEM ROLNIKA

To ciekawy pomysł

MICHAŁ CIEŚLAK

Krajowa Rada Izb Rolniczych

Pomysł giełdy dla rolników brzmi ciekawie. Interesuje nas każda działalność, która pozwoliłaby nam zwiększyć sprzedaż czy wyjść z nią na rynki globalne. Należałoby zastanowić się nad rozwiązaniem ryzyka związanego z niewykonaniem zobowiązania w przypadku siły wyższej, jak powódź czy susza. Jeśli obrót dotyczy surowca już wyprodukowanego, to nie ma takiego problemu. Jeśli ma to być zlecenie na przyszłą produkcję — a przecież na tym polega idea zakładania się i zarabiania na przyszłej cenie — to w przypadku bardzo złej pogody rolnik może nie być w stanie dotrzymać warunków umowy. Wtedy rolnik najpewniej zawierałby kontrakt na niewielką część swojej produkcji roślinnej. Ryzyko to nie dotyczy natomiast produkcji zwierzęcej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy