Kto jak kto, ale rolnicy powinni zainteresować samodzielną produkcją prądu. Na budowę mikroinstalacji, czyli np. wiatraczka czy biogazowni, potrzeba wprawdzie poważnych kwot — 50-100 tys. zł — ale są z tego korzyści. Trzeba tylko solidnie przeanalizować potrzeby gospodarstwa.
![ENERGOCHŁONNI: Aż 12 proc. stanowi udział kosztów energii w produkcji rolnej w Polsce. To dużo w porównaniu z resztą Unii Europejskiej. Średnia unijna to 5-6 proc. OZE mogą dostarczać rolnikom stabilny prąd, ale na koszty raczej nie wpłynie. [FOT. BLOOMBERG] ENERGOCHŁONNI: Aż 12 proc. stanowi udział kosztów energii w produkcji rolnej w Polsce. To dużo w porównaniu z resztą Unii Europejskiej. Średnia unijna to 5-6 proc. OZE mogą dostarczać rolnikom stabilny prąd, ale na koszty raczej nie wpłynie. [FOT. BLOOMBERG]](http://images.pb.pl/filtered/f95333ed-10c2-41c3-b842-86274b8f8ac0/0c56a618-fa71-57fb-b160-3ef4f98dce43_w_830.jpg)
Uniknąć awarii
Instytut Energetyki Odnawialnej (IEO) przeprowadził takie analizy. Wziął na celownik rolników, bo to u nich mikroinstalacje mogą mieć największe przełożenie na biznes. Po pierwsze, rolnik prądu potrzebuje dużo. Porównajmy: mieszkanie w mieście zużywa średnio 3 MWh rocznie, a średni dom na wsi 5-6 MWh. A jeśli doliczyć do tego domu jeszcze część produkcyjną, to jest to dodatkowo średnio 25 MWh rocznie. Po drugie, udział kosztów energii w produkcji rolnej w Polsce sięga 12 proc., a to dużo w porównaniu z resztą Unii Europejskiej. Średnia unijna to 5-6 proc. Po trzecie, dostawy prądu dla rolnika są często niestabilne, zwłaszcza jeśli gospodarstwoleży na peryferiach kraju, a wokół siebie ma gospodarstwa o podobnym profilu produkcyjnym (czyli o takim samym rozkładzie zapotrzebowania w ciągu dnia). Średnie nieplanowane przerwy w dostawach prądu to w Polsce ok. 300 minut w ciągu roku, ale wiadomo, że dochodzi do nich najczęściej w momentach szczytowych. Czyli np. kiedy wszyscy gospodarze zaczynają chłodzić mleko od wydojonych właśnie krów. Straty rolnika, np. z powodu zmarnowanego mleka, mogą być dotkliwe. Po czwarte, każdy konsument przyłączony do sieci płaci za energię elektryczną ok. 60 gr za kWh, przy czym sama energia kosztuje tylko ok. 30 groszy, a reszta to opłaty dodatkowe, m.in. za przesył. Może zamiast płacić te dodatki, lepiej zainwestować we własne, stabilne źródło. Warto to sprawdzić.
Biogazownia dla świń
IEO wybrał do badania dziesięć gospodarstw rolnych, z województwa mazowieckiego i warmińsko-mazurskiego, nastawionych na różne sektory: mleczny, trzody chlewnej, warzywny, owocowy, a nawet agroturystyczny. Badania właśnie się kończą i rysują się już pierwsze wnioski.
— Wychodzi, że najbardziej wrażliwi na energię są przedsiębiorcy zajmujący się przetwarzaniem płodów rolnych: suszeniem, czyszczeniem, myciem. Pastuchy elektryczne są mniej energochłonne. Poza tym widać, że rolnicy, nie mając liczników, źle wychodzą na umowach z dostawcami energii. W większości przypadków mają nieodpowiednio dobraną tzw. moc zamówioną. Albo za dużą — i wtedy płacą za niewykorzystaną usługę, albo za małą — i wtedy płacą słono za jej przekraczanie — zauważa Grzegorz Wiśniewski, prezes IEO.
Potrzebne są zatem przemyślane inwestycje. Przy dużym uproszczeniu już dziś można wskazać, co komu mogłoby pomóc.
— Przy hodowli trzody chlewnej może sprawdzić się biogazownia, będąca stabilnym źródłem prądu i ciepła. Trzeba jednak pamiętać, że jest to też źródło o najwyższych kosztach, wymagające obsługi. W pozostałych przypadkach szczególnie atrakcyjne wydają się mikrowiatraki i panele fotowoltaiczne [produkują prąd z energii promieni słonecznych — red.]. Mogą się nimi zainteresować ci, którzy potrzebują chłodzenia, suszenia, wentylacji czy nawadniania. Warto też rozważyć postawienie dwóch mniejszych źródeł w gospodarstwie, a nie jednego większego — wylicza Grzegorz Wiśniewski. Na razie, jeśli rolnik decyduje się na zieloną mikroinstalację, to zaczyna od kolektora słonecznego (wytwarza ciepło). Potem dopiero zaczyna się interesować innymi rodzajami instalacji. Na razie to zainteresowanie jest jednak skromne, choć rolnicy i tak biją na głowę np. mieszkańców podmiejskich domków. W całej Polsce działa dziś ledwie 270 zielonych źródeł prądu, z czego 250 zainstalowano prawdopodobnie na wsi (szacunki IEO). Kolektorów jest ok. 150 tys., z czego 70 tys. u rolników.
Wielkich zysków nie będzie
O ile mikroinstalacje do produkcji prądu na pewno dają rolnikowi większą stabilność i niezależność energetyczną, o tyle niekoniecznie dadzą znaczące oszczędności. — Chyba że dobiorą się np. sąsiedzi o różnym profilu produkcyjnym, a zatem i różnej strukturze zapotrzebowania na prąd. Albo jeśli kilku rolników stworzy lokalną minisieć. To jednak pieśń przyszłości. Na razie mikroinstalacje mogą być nieznacznie droższe od energii z sieci, ale dają niezależność — podkreśla Grzegorz Wiśniewski.
Nie ma też co liczyć na zyski z odsprzedaży nadwyżki energii do sieci. Przyłączenie instalacji to długa droga formalna, a cena sprzedaży, zgodnie z projektem ustawy o OZE, to ledwie 80 proc. hurtowej ceny energii. — Rolnik powinien założyć, że produkcja będzie się odbywała tylko na jego własne potrzeby — uważa Grzegorz Wiśniewski. Wygląda na to, że rolnicy zaczynają widzieć w tym biznes, bo zainteresowanie mikroinstalacjami rośnie. — Problem w tym, że są często atakowani przez firmy instalacyjne, które wciskają im rozwiązania niedopasowane do potrzeb. Potrzebna jest edukacja — alarmuje Monika Szymańska, prezes Fundacji na rzecz Rozwoju Polskiego Rolnictwa.