Ruch, żadnej inercji

Ryszard Gromadzki
28-05-2004, 00:00

Zenon Jaskuła z sukcesami dwie dekady ścigał się w peletonie. I dziś w biznesie ma mocną pozycję. Ale nie chce być potentatem, lecz — przede wszystkim — perfekcjonistą.

„Puls Biznesu”: Pola Elizejskie, wielka pompa, Pan — na podium zwycięzców największego wyścigu kolarskiego na świecie.

Zenon Jaskuła: Spełnienie marzeń. Miałem kilkanaście lat, gdy z wypiekami na twarzy przeglądałem kolorowe magazyny sportowe, wyszukując zdjęcia zwycięzców Tour de France na tle Łuku Triumfalnego. W lipcu 1993 roku stałem tam, gdzie oni.

I co, tak od pierwszego dnia wyścigu wierzył Pan w swoją gwiazdę?

Z.J.: Od pierwszego dnia! Wykręciłem 8 czas prologu, jechałem w bardzo mocnej grupie GB-MG — z tak wielkimi kolarzami jak Włoch Mario Cippolini i Belg Johan Museeuw. Na początku wyścigu wygraliśmy etap jazdy drużynowej na czas na dystansie prawie 100 km, co na dobre uplasowało mnie w czołówce. Byłem w superformie! Kryzys przyszedł mniej więcej w połowie wyścigu, złapałem zapalenie ścięgna podkolanowego. Na szczęście — po etapie, w którym ból piekielnie dokuczał, wypadał dzień przerwy. Odpoczynek pomógł. Wygrałem następnego dnia ciężki etap w Pirenejach.

Opłaciło się harować na trasie?

Z.J.: Z pewnością. W tamtych czasach zwycięzca Tour de France inkasował milion marek, drugi zawodnik — 500 tys. Ja za 3 miejsce dostałem 350 tys. marek.

Już nigdy nie zaliczył Pan tak wspaniałego wyścigu...

Z.J.: Dokuczały kontuzje. No i popełniłem błąd, podpisując kontrakt z grupą Jolly Club. Chciałem być niekwestionowanym liderem zespołu, ale Jolly Club to nie była mocna ekipa. Podczas wyścigów przypominałem konia pociągowego, ciągnącego za sobą kilka wózków. No i o wielkich wynikach nie mogło być mowy. Byłem wściekły, bo wcześniej odrzuciłem propozycje kilku mocnych grup — m.in. hiszpańskiej (Banesto).

Dni chwały na szosach Francji w lipcu 1993 roku poprzedziło kilkanaście lat startów.

Z.J.: Przygodę z kolarstwem zaczynałem w połowie lat 70. Wtedy cała Polska żyła Wyścigiem Pokoju. Nazwiska Szurkowskiego i Szozdy były na ustach wszystkich. Zapisałem się do sekcji kolarskiej LKS Śrem, bo tam miałem najbliżej z rodzinnego Błażejewa. W 1981 roku trafiłem po raz pierwszy do młodzieżowej kadry Polski. Później był Wyścig Pokoju, mistrzostwa świata, wreszcie olimpiada w Seulu w 1988 roku.

W Korei złoto przeszło Polakom tuż koło nosa...

Z.J.: Przegraliśmy „drużynówkę” z enerdowcami o 6 sekund. Niemcy jechali na końcu, mogli kontrolować sytuację.

Po olimpiadzie przeszedł Pan na zawodowstwo.

Z. J.: Nie, pierwszy kontrakt zawodowy podpisałem w 1989 roku, po mistrzostwach świata amatorów, gdzie zdobyliśmy drużynowo srebrny medal. Razem z Markiem Kulasem i Markiem Szerszyńskim zaczęliśmy jeździć dla nowej polsko-włoskiej grupy Colnago- Animex, której dyrektorem sportowym został Czesiek Lang, kończący właśnie karierę. Za pierwszy zawodowy sezon dostałem 40 tys. marek.

Niedużo...

Z.J.: Może dziś się tak wydaje... Wtedy za równowartość dolara można było kupić 20 litrów benzyny: dzisiaj — litr.

Nie było szoku przy aklimatyzacji w zawodowym peletonie?

Z.J.: Nie, byłem przygotowany do ciężkiego treningu. Leszek Piasecki, który miał już za sobą starty wśród „profi”, opowiadał, że dzienna porcja treningowa zawodowców to 200- -250 km... Chciałem zmierzyć się z nowymi wyzwaniami. Uczyć się. Pożerała mnie ambicja. Wiosną 1990 roku wystartowałem w tygodniowym wyścigu Tirreno Adriatico, który uchodzi za takie wiosenne mistrzostwa świata zawodowców. Poszło nieźle. Zapracowałem sobie wtedy na szacunek w zawodowym peletonie. Wśród profesjonalistów ścigałem się 8 sezonów. Zakończyłem starty na mistrzostwach świata w San Sebastian, w październiku 1997 roku: byłem ósmy w jeździe indywidualnej na czas.

Wcześniej zdarzył się ten paskudny wypadek na olimpiadzie w Atlancie...

Z.J.: Dzień przed olimpijskim startem, podczas treningu potrącił mnie samochód: złamana noga, ciężki uraz biodra, mnóstwo ciężkich potłuczeń. Po tym wypadku nikt nie dawał mi szans na powrót od kolarstwa. Sam nawet w to nie wierzyłem. Rehabilitacja trwała pół roku. Po 8 miesiącach wsiadłem na rower. Jeździłem wtedy w barwach włoskiej grupy Mapei, z którą podpisałem kontrakt już po wypadku w Atlancie.

Po zakończeniu kariery nie zerwał Pan kontaktów z tym koncernem.

Z.J.: Ludzie z Mapei zaproponowali mi współpracę. Przystałem. Firma chciała rozwinąć interesy na polskim rynku. To nie było takie proste. Mapei było w Polsce nieznaną marką, a konkurencja w branży — olbrzymia. Przy tworzeniu sieci sprzedaży trzeba było zainwestować sporo własnych pieniędzy. Dziś Mapei ma 10 oddziałów handlowych w całym kraju, jeden z nich prowadzi mój brat.

Wielu sportowców nie potrafi odnaleźć swojej drogi po zakończeniu kariery. Pan zaliczył miękkie lądowanie w pozasportowym życiu.

Z. J.: W sporcie trzeba wiedzieć, kiedy odejść. Do własnego biznesu przygotowywałem się kilka lat przed zakończeniem kariery. Pierwszą firmę założyłem jeszcze w 1995 roku. Myślałem wtedy o handlu złotem i włoskimi ciuchami... Potem pojawiła się propozycja od Mapei.

Biznes kolarski nigdy Pana nie pociągał? Czesław Lang przetarł przecież szlak.

Z.J.: Czesiek nie od razu wylansował Tour de Pologne. Wcześniej przez kilka lat próbował innych pomysłów, miał restaurację. Ja przez całe lata obracałem się w kolarskim biznesie, ale zawsze starałem się szukać własnej drogi.

W końcu zbudowałem solidny biznes — 3 spółki: Zenon Jaskuła, Zenon Jaskuła Europ i Zenon Jaskuła Design. Zatrudniam w nich 50 ludzi. W 2003 roku moje firmy wypracowały 18 mln zł obrotów. Dużo inwestuję w Wesołej pod Warszawą, gdzie kilka lat temu kupiłem 1,5 ha ziemi.

Czym zajmują się Pana firmy?

Z.J.: Europ specjalizuje się w produkcji artykułów chemii budowlanej. Technologię opracowaliśmy sami, nie waham się powiedzieć, że z wykorzystaniem doświadczeń wyniesionych bezpośrednio z placu budowy. Z kolei Zenon Jaskuła Design handluje meblami, głównie zagranicznymi. Mam w Wesołej duży sklep meblowy. To dobry punkt, położony przy Trakcie Brzeskim. Szykuję się do uruchomienia innych przedsięwzięć. Całość inwestycji w Wesołej szacuję na jakieś 25 mln zł.

Co to będzie?

Z.J.: Market — pod nazwą „Wesoła Europe Centre” i czynna na okrągło restauracja „Cycling Cafe”, którą chciałbym otworzyć w sierpniu z myślą o rowerzystach, a jeszcze bardziej — motocyklistach. To pomysł podpatrzony we Włoszech. Sam jestem zaprzysięgłym fanem marki Harley-Davidson.

Rower poszedł w odstawkę?

Z.J.: Mam w domu kilka fajnych rowerów: Bianchi, Colnago czy Moser, ale ten Harley.... Zaraziłem się tym kilka lat temu podczas wakacji w Australii. Wiem, że to banał — ale Harley to coś więcej niż zwykły motor... Nie mogę sobie odmówić przyjemności: przejażdżki moim harleyem-davidsonem fantasy, rocznik 1995.

Czy czasami kogoś Pan na nie zabiera?

Z.J.: Narzeczoną, jesteśmy razem od kilku lat. Świetnie się porozumiewamy. Uczciwy układ. Jest niebywale... Rodzina? Na pewno. Ale jeszcze nie teraz.

Do jakiego punktu chciałby Pan dojechać ze swoim biznesem?

Z.J.: Nie mam ambicji, by zostać potentatem. Chcę za to stworzyć firmę perfekcyjną. Ferrari nie jest gigantem, ale za to właśnie firmą absolutnie perfekcyjną.

Przydadzą się w tym doświadczenia z walki na szosie?

Z.J.: Kolarstwo to sport pracowitych, wytrwałych i ambitnych. Często na owoce potu, wylanego podczas treningów i startów przychodzi czekać latami. Ale najlepsi odbierają w końcu nagrodę — Lance Armstrong jest znakomitym przykładem. Owszem, są analogie do biznesu, ale na szosie, w ostatecznym rozrachunku, sukces zależy tylko od ciebie samego, na szczyt nikt za ciebie nie wjedzie. Reguły w biznesie są oczywiście o wiele bardziej skomplikowane.

Jaką dewizą kieruje się Pan w interesach?

Z.J.: To uniwersalna zasada. Być w ciągłym ruchu, żadnej inercji. Przeć do przodu, nie oglądać się za siebie. Być śmiałkiem, który samotnie ucieka przed rozpędzonym peletonem.

Dalej szukajmy analogii: czy szefowanie 50 pracownikom przypomina liderowanie grupie kolarskiej?

Z.J.: Nie, staram się raczej postępować jak dobry ogrodnik, który wiosną i jesienią przycina gałęzie drzew w ogrodzie, by lepiej owocowały. Musi przy tym uważać, aby nie przesadzić z przycinaniem, bo drzewo — zamiast obrodzić soczystymi owocami — może uschnąć.

To brzmi jak przypowieść z chińskiej bajki. Jest Pan biznesowym samoukiem, co to bez niczyjej pomocy wie, gdzie pies pogrzebany?

Z.J.: No nie, nie... Uważnie śledzę, co się wokół dzieje. Przypatruję się na przykład temu, co robi Darek Miłek w CCC, który kiedyś też ścigał się na szosie. Mam dużo uznania dla ludzi, którzy zbudowali markę Atlas. Też zaczynali od zera.

Nigdy nie naprzykrzał się Pan mediom. Nie przydałoby się trochę szumu wokół marki Jaskuła?

Z.J.: Powściągliwość to cecha, która raczej pomaga, niż szkodzi w interesach. Na samą myśl o tym, że nawet po otwarciu lodówki widziałbym swoją twarz, wpadam w przerażenie....

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ryszard Gromadzki

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Ruch, żadnej inercji