PAP: Brytyjczycy i Holendrzy jako pierwsi poszli w czwartek do urn, żeby wyłonić swoich deputowanych do Parlamentu Europejskiego - tej wpływowej, ale niedocenianej instytucji Unii Europejskiej. W piątek głosują Irlandczycy i Czesi. Do niedzieli obywatele 25 państw UE wybiorą 732 eurodeputowanych, w tym 54 w Polsce.
Niemal wszędzie zainteresowanie pierwszymi ogólnoeuropejskimi wyborami od czasu przystąpienia do Unii Europejskiej 10 nowych członków jest niewielkie. Kampanie wyborcze albo były "bez wyrazu", albo miały niewiele wspólnego z rzeczywistymi kompetencjami i przyszłymi zadaniami unijnego parlamentu.
Informacji na ten temat było niewiele albo były nierzetelne. Nic dziwnego, że połowa z 332 mln uprawnionych obywateli Unii z góry zakładała, że nie pójdzie głosować, chociaż stopień entuzjazmu jest bardzo różny. Według Instytutu Gallupa, pod koniec maja stanowczy zamiar udziału w wyborach europejskich deklarowało od 23 proc. Czechów do 69 proc. Cypryjczyków.
W Polsce ten wskaźnik sięgał 33 proc. Dla porównania w mającej mniej więcej tyle samo ludności Hiszpanii, korzystającej od ponad 18 lat z hojnego wsparcia UE, pewność, że będzie głosować, wyraziło 57 proc. ankietowanych.
Dotychczasowy przewodniczący PE Irlandczyk Pat Cox podkreśla, że blisko 50-procentowa frekwencja w poprzednich wyborach europejskich w 1999 roku była jednak wyższa niż w wyborach prezydenckich w USA!
Prócz braku informacji wielu Europejczyków zniechęca ogólne rozczarowanie polityką i uprawiającymi ją ludźmi. Także uprawiana nie tylko z pozycji eurosceptycznych krytyka Unii, jej instytucji, a przede wszystkim wysokich dochodów eurokratów i eurodeputowanych.
Ludzie pytają więc, czy ten parlament to klub dyskusyjny czy władza ustawodawcza Europy? Przechowalnia dla polityków czy miejsce zapadania kluczowych decyzji? Ciepłe posadki i dolce vita czy ciężka praca za umiarkowane pieniądze? Parlamentowi Europejskiemu można przykleić każdą z tych etykietek, bo jest po trochu tym wszystkim.
Mimo wciąż rosnących uprawnień pozostaje on niedoceniony, wręcz lekceważony. Jego skład, obrady, uchwały i decyzje budzą mniej emocji niż spotkania unijnych przywódców, podział głosów w Radzie Ministrów UE czy inicjatywy Komisji Europejskiej.
Za to krążą legendy o zarobkach eurodeputowanych, o biurach z prywatnymi prysznicami, o "lewym" podpisywaniu list obecności. Dotychczas każdy ma taką pensję jak koledzy w parlamencie narodowym - od 2,7 tysiąca euro miesięcznie w wypadku Hiszpanów do 11 tysięcy w wypadku Włochów. Polscy europarlamentarzyści dostaną nieco ponad 2 tysiące euro.
Jednolite są dzienne diety, limity wydatków na transport, zatrudnienie asystentów, na prowadzenie biura. Zaostrzeniu kryteriów ich refundacji miało towarzyszyć ujednolicenie pensji na stosunkowo wysokim poziomie 8,5-9 tysięcy euro miesięcznie. Ale rządy Niemiec, Austrii, Francji i Szwecji zablokowały porozumienie. Pensje pozostaną mocno zróżnicowane, a reguły zwrotu kosztów - nie dość surowe, aby całkowicie wykluczyć nadużycia.
Każdy eurodeputowany może na przykład wykorzystać do 12,5 tysiąca euro miesięcznie na zatrudnienie asystentów. Kilku deputowanych rzeczywiście złapano na gorącym uczynku, jak przekazywali żonom na konto całą tę sumę. Tłumaczyli, że małżonka zarządza biurem i że to ona zatrudnia asystentów. Ci ostatni, jeśli nie są z rodziny, zwykle tyrają jak woły robocze i do niedawna nie mogli nawet liczyć, że eurodeputowany opłaci im składki socjalne. Teraz ma już taki obowiązek. Ale sytuacja finansowa niektórych asystentów różni się od położenia polskich sprzątaczek pracujących w Brukseli na czarno tylko tym, że zarabiają... jeszcze mniej.
Unijny parlament współdecyduje z Radą (ministrów) UE o życiu unijnych obywateli i działalności firm w coraz większym stopniu. Jednolity rynek, ochrona zdrowia, konsumentów i środowiska, budżet - to dziedziny, w których PE znacząco poprawia projekty Komisji Europejskiej, a niektóre w całości torpeduje (np. oprotestowaną przez dokerów dyrektywę o liberalizacji usług portowych).
Równocześnie bywa surowym krytykiem i kontrolerem Komisji. To pod jego naciskiem w 1999 roku podała się ona do dymisji, żeby uniknąć jeszcze większej kompromitacji, jaką byłoby prawdopodobne wotum nieufności PE. Ma on bowiem prawo obalenia Komisji, tak jak zatwierdzenia jej przewodniczącego i jej pełnego składu.
PE jest w każdym razie jedyną instytucją unijną wyłanianą w bezpośrednich wyborach, więc nawet eurosceptykom trudno kwestionować jej prawomocność. Nie ma tu klasycznej rządzącej większości, tak jak w Unii nie ma klasycznego wspólnego rządu.
Takie większości tworzą się w zależności od sprawy.
Liczebność eurodeputowanych z danego kraju nie przekłada się dokładnie na wpływy danej grupy narodowościowej. Liczy się fachowość, współpraca z własnymi stolicami, rządami czy partiami, dobre kontakty z Komisją i z różnymi grupami interesów, umiejętność wykorzystywania mediów, a przede wszystkim lobbingu wśród kolegów, przynależność do ważnej frakcji i własna w niej pozycja.
Za najbardziej wpływowe i skuteczne grupy narodowościowe wśród eurodeputowanych uważa się Brytyjczyków, Niemców i Hiszpanów. "Trzęsą" oni dwiema największymi frakcjami - chadeków-konserwatystów i socjalistów-socjaldemokratów. Natomiast wielu Francuzów i Włochów było dotychczas rozproszonych po drobnych frakcjach, co ograniczało ich wpływy.