Można odnieść wrażenie, że premier zażądał od kilku najważniejszych resortów planów na przyszłość i teraz je ogłasza. Wczoraj padło na drogi. Kolejny program budowy autostrad nie poraża rozmachem. Wprawdzie kwota 20 mld euro na drogi krajowe wygląda imponująco, ale podzielona przez siedem lat, na jakie opiewa plan, oznacza finansowanie na poziomie niewiele odbiegającym od dotychczasowego. Najpoważniejszą pozycją w tym budżecie będą oczywiście autostrady i drogi ekspresowe. Tymczasem to nie brak pieniędzy jest przyczyną przeciągania się autostradowych inwestycji, ale ich niesprawne wydatkowanie. Przeszkadza niedopracowany model partnerstwa publiczno-prywatnego, podział zadań inwestycyjnych na zbyt wiele odcinków, słabość prawa o zamówieniach publicznych.
Program rządu da się streścić jednym zdaniem: zaciśnijmy zęby i zróbmy choćby minimum. Dlatego na mapie planowanych autostrad nie ma żadnych zmian, bo do minimum zamiary zostały przykrojone już wcześniej. Wcześniej zapowiadano także odejście od systemu partnerstwa publiczno-prywatnego i powrót państwa do roli inwestora, brakło jednak woli; ekipa ministra Polaczka okazała się tu bardziej zdeterminowana. Ta zmiana otwiera jednak kwestię przyszłego zarządu i eksploatacji autostrad, plany nie są tu jeszcze jasne, co zapewne wzbudzi nerwowość dotychczasowych koncesjonariuszy.
O dziwo, ten stary nowy plan wydaje się realny, a to z tej przyczyny, że po kilkunastu latach ślimaczenia budowa autostrad osiągnęła już punkt krytyczny i teraz powinno pójść „z górki”. Najtrudniejszy jest przypadek autostrady północ-południe, tkniętej jakimś przemożnym fatum. To ona będzie poligonem umiejętności nowej ekipy.