Sandały na mróz

Marcin Bołtryk
26-01-2007, 00:00

Są piękne i pożądane. Można je mieć za pół ceny. Samochody z USA. Ale czy to się naprawdę opłaca?

Cyfry mówią same za siebie... Na stronach internetowych jednej z firm trudniących się sprowadzaniem samochodów zza oceanu umieszczona jest tabela z porównaniem cen amerykańskich i polskich. Wynika z niej, że kupując ten sam model w USA, możemy zaoszczędzić. Ile? Nawet 60 proc. Dla przykładu: za nisanna murano w Polsce trzeba zapłacić ponad 215 tys. zł, w USA — jedynie 89 tys. zł. 58,9-procentowa różnica! Dlaczego Amerykanie oddają auta zapół darmo? Gdzie tkwi haczyk?

Ci, którzy zdecydowali się na ściągnięcie samochodu ze Stanów, wydają się nie słyszeć odpowiedzi na te pytania. Nie pamiętają też o życiowej prawdzie: w gospodarce wolnorynkowej nikt nie daje niczego za darmo.

Sahara na minusie

Dziś nie ma żadnego problemu ze sprowadzeniem nowego samochodu od autoryzowanego dilera z USA. Zadzwonić, wysłać e-maila, przelew i... czekać na auto.

Na rynku nie brakuje firm, które chętnie pomogą w załatwieniu formalności — od zakupu, przez transport, po opłaty celne. Zatem nic, tylko kupować. A potem, sunąc w wymarzonym subaru, bmw, mercedesie czy nissanie, nucić pod nosem, niczym uradowany przedszkolak: „mam to samo za połowę, mam to samo za połowę!” Czy aby na pewno to samo?

Tu należy wyjaśnić dlaczego — pozornie — te same modele samochodów w USA są tańsze niż w Europie i Polsce. Na początek krótka opowiastka. Azjatycki producent samochodów X wypuścił na rynek auto terenowe: model Y. Wymyślił sobie, że część produkcji przeznaczy na... Antarktydę. Wyposażył więc auto w odpowiednie zawieszenie, opony, wydajne ogrzewanie i nieskomplikowany system chłodzenia. Zaoszczędził na hamulcach i klimatyzacji. W wyniku ogromnej popularności modelu Y producent postanowił pójść dalej — stworzył model Y przeznaczony na Saharę. Szerokie opony, odpowiednie zawieszenie, wydajny system chłodzenia silnika, symboliczna nagrzewnica i duża sprężarka w układzie klimatyzacji wnętrza kabiny. W ten sposób na światowym rynku pojawiły się dwa modele Y. Wyglądają identycznie. A cena? Jeden z nich — z racji różnic technicznych — jest o blisko połowę tańszy od drugiego. Czy oznacza to, że należy kupić tańszy? Nie.

Podobnie jest z autami na rynek amerykański. Choć różnice nie są aż tak drastyczne, to właśnie dzięki nim możliwa jest dysproporcja w cenach. Jednak nie tylko.

Przeróbki z radcą

Oferta firm sprowadzających nowe samochody zza wielkiej wody jest przebogata. Tylko na hasło „auta z USA” wstukane w internetowej przeglądarce pojawia się kilka tysięcy adresów. Wszystkie oferują samochody, i używane, i nowe. Są firmy zajmujące się antykami, nawet ekskluzywne butiki z pojazdami kolekcjonerskimi. I wszystko za półdarmo: Subaru Impreza STI — proszę bardzo, Mercedes CLS AMG — oczywiście, BMW M5 — nie ma problemu! Załatwią wszystko, wystarczy tylko zapłacić... i to mniej.

Warto jednak pamiętać, że model, który nazywa się i wygląda tak jak europejski, niekoniecznie ma takie same właściwości, wytrzymałość i cechy eksplatacyjne. Producenci samochodów to sprytne bestie. Setki roboczogodzin spędzają na kalkulowaniu. Biorą pod uwagę wszystkie czynniki — od preferencji i mentalności klientów z poszczególnych regionów świata, przez panujące tam warunki klimatyczne, po przepisy drogowe i prawo homologacyjne. Kalkulują ryzyko i częstotliwość występowania awarii. Biorą pod uwagę tempo zużywania się ogumienia i innych elementów — jeśli mogą gdzieś zaoszczędzić, zrobią to. Wszystko znajduje odbicie w końcowej cenie.

— Ogólnie brak jest świadomości różnic technicznych między samochodami przeznaczonymi na rynki europejski i amerykański. Tak naprawdę, absolutnie zgodnie z obowiązującym prawem, samochody przeznaczone na sprzedaż w USA nie mogą być dopuszczone do ruchu na naszych drogach! Tylko niestety, mało kto o tym wie... — zauważa Witold Rogalski, prezes Subaru Import Polska.

Podstawowy problem? Bezpieczeństwo. Nie oznacza to, że samochody produkowane na rynek USA są gorsze. One nie spełniają po prostu europejskich norm — bo i po co? Różnice wynikają z innych parametrów technicznych, dostosowanych do niższych prędkości obowiązujących w USA.

— Mało kto wie, że eksploatacja samochodów z zastosowaniem znacznie wyższych prędkości może doprowadzić np. do przegrzania dyferencjału. W niekorzystnym przypadku skutkuje to jego zablokowaniem, a to z kolei grozi poważnym wypadkiem — podkreśla Witold Rogalski.

Inne różnice? W układach hamulcowych, chłodzenia czy wreszcie sprzęgłach i skrzyniach biegów.

— Te podzespoły zostały wykonane zgodnie z przepisami obowiązującymi na rynkach docelowych. Spełniają wymogi prawa i — co ważne — oczekiwania oraz zapotrzebowania klientów. Samochody doskonale pasują do ich jazdy, a także infrastruktury drogowej. Po przeniesieniu natomiast okazuje się, że nie zdają one egzaminu w warunkach, do których nie zostały przygotowane — wyjaśnia Witold Rogalski.

Warto zdać sobie sprawę z tego, że do ostatecznej ceny samochodu z USA trzeba jeszcze coś dodać. Po pierwsze — koszt cła, podatków i transportu. Po drugie — koszt dostosowania auta do norm obowiązujących w Polsce.

— W praktyce sprowadza się to do przerobienia reflektorów. Ale chcąc być w zgodzie z literą prawa, powinniśmy przerobić więcej. Od hamulców, zawieszenia, po układ chłodzenia silnika, przeniesienie napędu i światła przeciwmgłowe. Na przykład lampy stopu w USA powinny, zgodnie z prawem, być zabezpieczone jednym bezpiecznikiem. Unia Europejska wymaga dwóch. A samochody z USA mają zdecydowanie więcej niezgodności... Zatem po dokonaniu przeróbek cena samochodu zbliży się niebezpiecznie do tej z polskiego salonu. Jeśli dodam, że Subaru z USA nie ma w Europie gwarancji, a cena jego odsprzedaży jest niższa niż modelu europejskiego — cała operacja przestaje być opłacalna — przekonuje Witold Rogalski.

Gwarancja gwarancji

Jednak różnice w cenach są na tyle atrakcyjne dla nabywców, że kupują samochody za oceanem — mimo konieczności opłacenia kosztów wysyłki, cła, akcyzy i podatku VAT.

— Samochody importowane z USA często mają bogatsze wyposażenie w porównaniu z modelami dostępnymi na rynku europejskim. W przypadku niektórych, zwłaszcza japońskich, rzeczywiście występują różnice techniczne. Inne natomiast — typu Jaguar, Volvo czy Volkswagen — różnią się software’m i drobnostkami, np. w oświetleniu obrysowym. Ci sami dilerzy, którzy negatywnie wypowiadają się na temat konkurencji, niejednokrotnie, po cichu, importują auta z USA czy Kanady. W Europie Zachodniej zwyczajowe jest kupowanie za 1-2 tys. euro gwarancji u lokalnego dilera — rozwiązuje to problem jej braku w przypadku niektórych marek — przekonuje Jerzy Ruszkowski z Blue Sky Auto.

Oferowane ostatnio przez producentów samochodów gwarancje stają się coraz atrakcyjniejsze — to element walki konkurencyjnej. Z korzyścią dla klienta, który dzięki temu może np. przez dwa lata bezpłatnie naprawiać swój nowy samochód. Ale... pod warunkiem nieprzenoszenia gwarancji na inne kraje.

Tylko niektórzy producenci samochodów europejskich na rynek USA honorują gwarancję w kraju innym niż kraj przeznaczenia (Volvo, Jaguar, Volkswagen). Żaden producent samochodów japońskich ani lokalni producenci amerykańscy nie uznają gwarancji na terenie innym niż wskazany. Co prawda Hyundai honoruje gwarancje z innych rynków, ale wymaga to określonej procedury. I kosztuje. Samochód musi przejść przegląd techniczny, właściciel zaś posiadać dokument zakupu auta i oryginalną książkę gwarancyjną. ASO przesyła informacje o samochodzie do centrali Hyundai Motor Poland, ta weryfikuje dokumenty w centralnej bazie HMC w Korei. Jeśli wszystko się zgadza, a pojazd jest sprawny technicznie, to polska centrala może wydać gwarancję. Toyota Motor Poland i General Motors Poland natomiast w ogóle nie honorują gwarancji spoza Europy.

— Uznajemy gwarancję tylko na te samochody, które mamy w ofercie. Jeśli samochód przyjechał spoza Europy — nie. Powodów jest kilka, m.in.: odmienność techniczna wymaga oddzielnych szkoleń dla pracowników, oddzielnych książek serwisowych, sprowadzania części, innego zestrojenia podzespołów auta — twierdzą i przedstawiciele GM, i Toyoty.

Na pocieszenie... Problemów nie stwarza włoski Fiat. Gwarancje honoruje na całym świecie. Tylko czy ktoś kiedyś sprowadził fiata zza oceanu?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Sandały na mróz