W ciągu ostatnich 6 miesięcy Arabia Saudyjska wycofała z globalnych firm zarządzania aktywami 50-70 mld USD. Od niektórych zarządzających wycofała nawet jedną czwartą powierzonych im kapitałów, a umorzenia opiewały na wielomiliardowe kwoty. Królestwo usiłuje w ten sposób finansować gigantyczny deficyt budżetowy, będący skutkiem załamania cen ropy i kosztownej operacji wojskowej w Jemenie. Chce też ograniczyć ryzyko, po tym jak na globalnych rynkach akcji znacznie wzrosła zmienność. Według MFW, saudyjski deficyt budżetowy sięgnie w tym roku 107 mld USD, czyli 20 proc. PKB, po tym jak na skutek wojny cenowej wypowiedzianej producentom spoza OPEC notowania ropy brent obniżyły się w ciągu ostatnich 12 miesięcy o 51 proc. To zagrożenie dla finansów królestwa, bo wpływy ze sprzedaży surowca odpowiadają za aż 90 proc. przychodów publicznej kasy, a powiązanie riala z dolarem nie pozwala na dostosowanie gospodarki do nowej sytuacji poprzez osłabienie krajowej waluty. Według saudyjskiego banku centralnego, rezerwy walutowe spadły od szczytu z sierpnia 2014 r. z 737 mld USD do 661 mld USD. To jednak wciąż równowartość 91 proc. PKB. Tymczasem w lipcu rząd w Rijadzie sprzedawał nowe emisje obligacji dopiero pierwszy raz od 2007 r.

— Arabia Saudyjska mogłaby finansować deficyt emisjami obligacji i wyprzedażą zagranicznych aktywów przez pięć lat bez ryzyka popadnięcia w kłopoty — twierdzi James Reeve, ekonomista Samba Financial.
Przed tegorocznymi emisjami obligacji dług publiczny nie przekraczał 2 proc. PKB, choć w czasie bessy, jaka przez rynek ropy przetoczyła się w latach 90., wynosił nawet ponad 100 proc. Pewne zaniepokojenie widać jednak na rynkach finansowych. Traderzy coraz chętniej obstawiają, że saudyjski bank centralny będzie zmuszony do dewaluacji riala. Tymczasem notowania kontraktów CDS zabezpieczających przed niewypłacalnością kraju w ciągu najbliższych 10 lat znalazły się w sierpniu najwyżej od 2007 r. Traderzy uwzględniają w cenach 20-procentowe ryzyko bankructwa królestwa, podczas gdy w przypadku Polski takie ryzyko sięga 15 proc. Administracja kraju wciąż niechętnie myśli o cięciach wydatków. Rząd nie szczędzi nakładów na uposażenia urzędników ani na olbrzymie projekty infrastrukturalne (dotychczas zapowiedziano jedynie oszczędności na budowie nowych stadionów i przegląd projektów o budżetach przekraczających 27 mln USD). Najłatwiejsze do przełknięcia byłyby zmniejszenie dopłat do benzyny (teraz kosztuje 0,16 USD za litr), reforma podatków (w królestwie nie ma podatku od dochodów osobistych), a także prywatyzacja niektórych przedsiębiorstw państwowych. W grę nie wchodzą jednak jakiekolwiek oszczędności na obronności. Panujący od stycznia król Salman prowadzi bardziej ekspansywną politykę zagraniczną od swojego poprzednika Abdullaha. Saudyjczycy rozpoczęli wojskową interwencję w Jemenie oraz dostarczają pomoc charytatywną do krajów regionu, aby ograniczyć wpływy Iranu. Priorytetem pozostaną też wydatki na bezpieczeństwo wewnętrzne. Jeszcze za czasów arabskiej wiosny król Abdullah znacząco zwiększył wydatki socjalne, aby uniknąć ryzyka przewrotu na wzór tych, które obalały władze w innych krajach arabskich. Na dłuższą metę unikanie poważniejszych cięć nie będzie jednak możliwe bez ryzyka obniżenia ratingu wiarygodności kredytowej.
— Jest długa lista oszczędności, po które mogą sięgnąć władze bez wpływu na zwykłych Saudyjczyków. Jednak czasy są trudne i prawdopodobnie sytuacja byłaby lepsza, gdybyśmy to, co robimy teraz, zrobili, kiedy ropa kosztowała ponad 100 USD — przyznał Jamal Khashoggi, były doradca saudyjskiego księcia Turki al-Faisala.
