Nasza gospodarka to gruchot, wymagający kapitalnego remontu. Wydajność pracy równa europejskiej — z czasów Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Bardzo atrakcyjna infrastruktura — dla producentów filmów katastroficznych. Do tego budżet z wielką dziurą i rynek pracy równie elastyczny jak zawieszenie furmanki. Obrazu dopełnia nieudolna i skorumpowana biurokracja. Zachodni ekonomiści wyrażali obawy, że rozszerzenie Unii będzie dla Polski taką katastrofą, jak zjednoczenie Niemiec dla NRD. W rankingach konkurencyjności Polska umieszczana jest — na coraz bardziej szarym — końcu. Wszyscy mówią to samo: reformy strukturalne albo śmierć! Z drugiej strony, polska gospodarka nawet w dołku koniunktury rozwijała się szybciej od większości starej Europy, a średnio biorąc — także od lepiej od nas ocenianych Czech i Węgier. Polski eksport do Unii Europejskiej szybko rośnie — co ciekawe rósł także wtedy, gdy złoty się umacniał, a popyt w UE się kurczył. Po otwarciu granic uśmieszki lekceważenia u zachodnich polityków zmieniają się w grymas złości. Najpierw premier Niemiec, a potem Francji zażądali od nowej Europy samoograniczenia konkurencyjności. Na początek — przez podniesienie podatków.
Jak zatem naprawdę jest z tą Polską? Aby odpowiedzieć, trzeba zerwać z myśleniem w kategoriach średniej statystycznej. Na nasz PKB per capita składa się zarówno najbardziej zacofane w Europie rolnictwo, jak i firmy, wykorzystujące najnowsze technologie. Mamy policjantów nie odróżniających pocisków gumowych od ołowianych i studentów informatyki wygrywających rywalizację z najlepszymi uczelniami świata. Nie ma jednej Polski... Jest ich kilka, a podziały przebiegają w różnych płaszczyznach. Najistotniejsze są — moim zdaniem — dwie. Pierwsza wyznacza podział na (mówiąc w skrócie) „Polskę nieudaczników” i „Polskę mądrali”. Druga płaszczyzna oddziela „Polskę karierowiczów”, czyli tych, co chcą coś zrobić dla siebie, od „Polski obrońców sprawiedliwości”, czyli oczekujących, że państwo rozwiąże ich problemy. „Obrońcy sprawiedliwości” żyją w przekonaniu, że wszystko, co dobre, samo się wytwarza, a reszta zależy od tego, czy umiesz się ustawić tam, gdzie dają. Dla nich „Polska mądrali” to Polska cwaniaków, źródło frustracji i naturalny wróg. Oba podziały się nie pokrywają. Mamy setki tysięcy „karierowiczów” walczących do upadłego, by wyrwać się z „Polski nieudaczników”. Są też „mądrale” wierzący — lub twierdzący, że wierzą — w wizję „Polski obrońców sprawiedliwości”.
Trudno nie zauważyć, że „Polska nieudaczników” jest znacznie gęściej zaludniona od „Polski mądrali”. Ta pierwsza czyni z naszego kraju peryferia Europy, dzięki tej drugiej możemy się rozwijać. Wbrew powszechnemu przekonaniu — to nie szybki rozwój zaludnia „Polskę mądrali”, lecz na odwrót: właśnie migracja setek tysięcy „karierowiczów” z „Polski nieudaczników” do „Polski mądrali” jest jednym z głównych sprawców tzw. efektu catch up, powodującego, że potencjalne tempo wzrostu polskiej gospodarki pozostaje co najmniej dwukrotnie wyższe niż starej Europy. Reformy strukturalne są właśnie dlatego ważne, że ułatwiają tę migrację.
Gerhard Schröder — obrońca niemieckich „nieudaczników” — myślał, że — by mieć spokój z Polską — wystarczy zamknąć przed nami rynek pracy i wysupłać kilka miliardów euro na wsparcie „nieudaczników” zza Odry. Nie zauważył, że emigracja Polaków do „Polski mądrali” jest dla niemieckich „nieudaczników” jeszcze groźniejsza niż migracja zarobkowa z Polski do Niemiec. Cała nadzieja kanclerza — w polskich „obrońcach sprawiedliwości”. To oni mówią „nieudacznikom” — nie starajcie się być „mądralami”, zabierajcie „mądralom”! Schröder — gdyby mógł wziąć udział w naszych wyborach — pewno głosowałby na Samoobronę. Jeśli jednak Polacy wybiorą „Polskę mądrali”, to nie nam, lecz Niemcom wszyscy będą mówić: reformy strukturalne albo śmierć!
