Nieformalny szczyt głów państw i szefów rządów Unii Europejskiej w Lahti, na który fińska prezydencja zaprosiła Władimira Putina, potwierdził semantyczną odmienność tych samych słów wypowiadanych różnymi ustami. Fundamentem rosyjsko-unijnej współpracy energetycznej pozostaje „wzajemna odpowiedzialność producentów i konsumentów”, ale obie strony transakcji postrzegają ją zupełnie inaczej.
Na konferencji podsumowującej szczyt José Manuel Barroso, przewodniczący Komisji Europejskiej, powtórzył przekonanie, że należy unikać polityzacji stosunków energetycznych, natomiast dla prezydenta Rosji ten właśnie obszar gospodarki jest samą esencją polityki. I nie zmienia tego odbicie piłeczki przez Putina na tejże konferencji argumentem czysto handlowym — że zaledwie 1/4 gazu zużywanego przez Europę pochodzi z Rosji, ale stanowi to aż 2/3 całego rosyjskiego eksportu gazu. Operowanie uśrednioną wielkością 1/4 wypacza sens dyskusji — państwa UE z dawnego obozu moskiewskiego nadal siedzą w gazowej kieszeni Rosji po uszy i chciałyby się z niej wyswobodzić, natomiast dla, powiedzmy, odległej Hiszpanii właśnie… skorzystanie z paliwa rosyjskiego byłoby dywersyfikacją źródeł zaopatrzenia.
Pierwsza część piątkowego spotkania w Lahti była roboczym posiedzeniem Rady Europejskiej i poświęcona została nie tylko energetyce, ale także m.in. innowacyjności, potraktowanej jedynie hasłowo. Unijni przywódcy zobowiązali się, że na kolacji z Putinem nie będą roztrząsać wobec niego różnic w koncepcjach zapewnienia swoim państwom bezpieczeństwa energetycznego. Umowy dotrzymali, dzięki czemu liczba mówców okazała się mniejsza od spodziewanej, a poza tym nie sprawdził się dowcip, krążący po biurze prasowym szczytu, że gdy ktoś „podskoczy”, to Putin zapyta „przepraszam, a pan z jakiego kraju?” i sobie zapisze…
Oprócz deklaracji o chęci współpracy, obrady w Lahti nie przyniosły konkretów. Nie chodzi o brak wiążącego dokumentu, bo przecież szczyt był nieformalny, ale nie doczekaliśmy się od Putina chociażby mglistej obietnicy wdrożenia Europejskiej Karty Energetycznej. Ta polityczno-gospodarcza deklaracja podpisana została w Hadze w roku 1991 przez 46 państw, w tym Rosję. Zakłada m.in. swobodny wzajemny dostęp państw sygnatariuszy do rynków i zasobów energii, ich eksploatacji na zasadach handlowych, bez jakiejkolwiek dyskryminacji, oraz ułatwienie dostępu do infrastruktury transportowej. Dla Rosji takie otwarcie pozostaje nie do przyjęcia wczoraj, dziś i jutro. Wyznaje ona energetyczną filozofię Kalego — nie dopuszcza obcych inwestorów do własnych złóż i rurociągów, natomiast sama dokonuje ekspansji w UE metodą kupowania przez koncerny rosyjskie akcji firm europejskich. Przykłady takich działań znamy również z Polski.
Taktyczny cel jedności wobec gościa ze Wschodu przytłumił w Lahti rozbieżności interesów wewnątrzunijnych. Tymczasem zmartwienia zachodnich koncernów, które nie chcą się pogodzić z biznesowym krępowaniem im rąk przez Rosję, są dla Polski całkowitą abstrakcją. Nam chodzi o pewność dostaw ropociągami i gazociągami, pozostającymi na obszarze Rosji własnością rosyjską. I myślimy o nich jedynie w kontekście ich stanu technicznego, czy któregoś dnia jaka strategiczna dla Polski nitka nie pójdzie do nagłego remontu. Najgorsze, że może się on okazać w pełni zasadny, albowiem stara infrastruktura energetyczna w Rosji sypie się w zastraszającym tempie.
Prezydent Lech Kaczyński podtrzymywał na szczycie w Lahti „wspólne wartości aksjologiczne” europejskiego postępowania wobec Rosji i podczas kolacji wypomniał Władimirowi Putinowi sprawę blokady Gruzji. W tym akurat wypadku reakcji „a ten pan z jakiego kraju?” nie musieliśmy się obawiać — Polska jest w kremlowskim kapowniku zapisana już wielokrotnie, i to na czołowym miejscu…