reportaż Życie Robin Hooda w Polsce wymaga wielu wyrzeczeń. Zwłaszcza jeśli korzysta on z broni Rambo.
W czwartej klasie szkoły podstawowej kolega postanowił zainteresować go szermierką, którą uprawiał. Poszedł obejrzeć trening. Kiedy wracał do domu, przystanął przy płocie warszawskiego klubu sportowego Marymont. Kilka osób strzelało z łuków. Trenerka zauważyła przypatrującego się im chłopca i zaproponowała, żeby sam spróbował.
— Od razu wiedziałem, że łucznictwo to coś dla mnie. Na szermierkę nigdy nie wróciłem. Nogi mnie za bardzo bolały — wspomina Dariusz Gawryś, kierownik projektów w firmie integratorskiej Sygnity.
Wiele lat później z przekonaniem do łucznictwa syna nie poszło mu łatwo.
— Kupiłem mu łuk i kazałem strzelać. Chodził ze mną na treningi. Strzelaliśmy razem. Jak trochę podrósł, powiedział, że nie ma już na to ochoty. Powiedziałem: OK, nie strzelasz, ale musisz ze mną przychodzić na treningi. Bierz książkę i czytaj. Mniej więcej rok trwało, zanim ponownie dotknął łuku — opowiada Dariusz Gawryś.
Dzisiaj jego syn ma na koncie dwa tytuły mistrza Polski juniorów młodszych i 16 lat. Niedługo spotka się z ojcem i jednocześnie trenerem na zawodach seniorów. Dariusz Gawryś należy do najlepszych polskich zawodników. W 2004 r. zdobył tytuł halowego mistrza Polski. W 2005 r. i 2006 r. zwyciężył w łącznej punktacji Pucharu Polski, składającego się z pięciu niezależnych turniejów. Od trzech lat jest też w kadrze narodowej. Na start na olimpiadzie nie ma jednak szans, bo strzela z łuku bloczkowego, a nie z klasycznego, zwanego też olimpijskim — jedynego dopuszczonego do udziału w igrzyskach.
— W strzelaniu z łuku olimpijskiego na pewno nie miałbym takich osiągnięć jak w łucznictwie bloczkowym. Klasyczne ma w Polsce ugruntowaną pozycję, trenuje je wielu zawodników, a w łukach bloczkowych konkurencja jest mniejsza — przyznaje Dariusz Gawryś.
Każdy radzi sobie sam
Pierwszy łuk bloczkowy skonstruował w 1969 r. Allen Holless Wilbur. Jako myśliwy opracował broń do polowania. Istotę jego wynalazku stanowił system przekładni, zwanych bloczkami, zamontowanych na przeciwległych ramionach broni. Dzięki nim strzelec używa mniej siły do naciągnięcia cięciwy. W łukach klasycznych siła naciągu jest wprost proporcjonalna do zaangażowania mięśni strzelca, co stwarza większe prawdopodobieństwo kontuzji. Właśnie uraz i zbliżająca się matura sprawiły, że po dziewięciu latach treningów z łukiem olimpijskim Dariusz Gawryś rozstał się na jakiś czas z łucznictwem. Powrócił do niego po 16 latach przerwy. Tym razem zaczął się bawić łukiem bloczkowym.
— W 2001 r. byłem w Stanach. Wszedłem do sklepu, zobaczyłem te łuki i nie mogłem się powstrzymać. Kupiłem pierwszy własny łuk, strzały i celownik. Wcześniej strzelałem z klubowych — relacjonuje Dariusz Gawryś.
Na świecie łuki bloczkowe stanowią 70 proc. sprzedaży. W Stanach Zjednoczonych nawet okresy ochronne na odstrzał zwierząt są krótsze dla myśliwych z łukami niż z bronią palną. W Polsce polowanie z łukiem jest zabronione. W sporcie łuk bloczkowy też traktuje się po macoszemu. Tylko w jednym z dwóch warszawskich klubów łucznicy bloczkowi są mile widziani. Brakuje również kadry szkoleniowej.
— Sami się trenujemy. Kluby nastawiają się na łuki klasyczne. Polski Związek Łuczniczy podobnie. Jestem w kadrze Polski, ale jadąc na mistrzostwa Europy lub świata, muszę sam opłacić wszelkie koszty. Związek wspiera finansowo tylko łucznictwo klasyczne — żali się Dariusz Gawryś.
Wyczyn kosztuje
Porządny łuk wyczynowy kosztuje 4 tys. zł. Do strzelania jednak nie wystarcza. Osobno trzeba nabyć celownik (kilkaset do tysiąca złotych) i soczewkę, którą się na nim instaluje (nawet 1,2 tys. zł). Stabilizatory i podstawka podtrzymujące strzały pochłaniają kolejne kilkaset złotych. Strzały sprzedaje się w kawałkach. Komplet 12 średniej klasy promieni, czyli aluminiowo-węglowych rurek stanowiących trzon strzały, to wydatek rzędu 800 zł. Najlepsze kosztują 700 zł więcej. Groty — około 100 zł. Piórka i nasadki, czyli końcówki strzał opierające je o cięciwę, to symboliczne kwoty. Łucznicy kupują także spusty, kołczany, pokrowce, lunety do podglądania wyników bez podchodzenia do tarczy i ochraniacze na przedramiona. Z tych ostatnich Dariusz Gawryś nie korzysta, ale i tak wydaje co roku na sprzęt około 10 tys. zł.
— Pojawiają się nowe modele łuków, lepsze od poprzednich. Jeśli chce się utrzymać wśród najlepszych, trzeba nieustannie szukać najodpowiedniejszego dla siebie modelu. Poza tym na zawodach warto mieć dwa łuki. Kilka razy mi się zdarzyło, że mimo dobrego początku miałem problemy z kontynuacją rywalizacji z powodu awarii sprzętu — wyjaśnia Dariusz Gawryś.
Do tego dochodzą wyjazdy. Zawody poza granicami Polski pochłaniają minimum od 2 do 3 tys. zł na podróż i zakwaterowanie.
— W zeszłym roku znacznie wsparła mnie firma, w której pracuję. Od Sygnity dostałem 6 tys. zł, za które kupiłem sobie m.in. nowy łuk. Także nieistniejący już Softbank, gdy w nim pracowałem, wsparł mój wyjazd na mistrzostwa Europy — mówi Dariusz Gawryś.
O znalezieniu sponsora na stałe nawet nie myśli.
— Nigdy nie spotkałem nikogo zainteresowanego. W przeciwieństwie do piłki nożnej, łucznictwo w telewizji nie istnieje. A jak nie istnieje w telewizji, to jakby w ogóle go nie było — wzdycha.
Jest jednak coś, co łączy niszowy sport z piłką nożną. Minister Tomasz Lipiec zawiesił zarząd Polskiego Związku Łuczniczego i wprowadził w nim zarządcę komisarycznego. Tyle że dla uprawiających tę dyscyplinę w wersji bloczkowej to raczej marna pociecha. I tak muszą radzić sobie sami. n
Paluchami się nie dotyka
Do wypuszczania strzały w łuku bloczkowym służy spust. Występuje w kilku wersjach. Może puszczać cięciwę po przekroczeniu określonej siły naciągu, przekręceniu przez strzelca ręki o kilka stopni lub, jak w normalnej broni palnej, po naciśnięciu specjalnego języczka. Strzelec może sobie wybrać taki spust, jaki mu bardziej odpowiada.
Krwawy początek zapory ochronnej
Oba kluby łucznicze w Warszawie są w prawobrzeżnej części miasta. Łucznictwo bloczkowe traktuje na równi z klasycznym jedynie klub Marymont. Tor sąsiaduje z osiedlem mieszkaniowym. Mimo że oddziela go od niego wał ziemny z dodatkowym drewnianym ekranem ochronnym, od czasu do czasu przychodzi na tor jakiś mieszkaniec z policją, zaniepokojony strzałą, która pokonała zaporę. Kiedyś wału nie było. Podobnie jak osiedla. Na jego miejscu istniało boisko do piłki nożnej. Grywali na nim pracownicy ambasady ZSRR. Wał pojawił się tydzień po tym, jak jeden z Rosjan został przez trenującego łucznika przypadkowo ugodzony strzałą w nogę.
Rambo zrobił swoje
Wielkim propagatorem łucznictwa bloczkowego okazał się aktor Sylvester Stallone. W serii czterech filmów wcielił się w rolę Johna Rambo, weterana wojny wietnamskiej, nie najlepiej radzącego sobie w cywilizowanym świecie. Po zdemolowaniu miasteczka w pierwszym filmie, w drugim opuszcza obóz pracy, do którego został za to zesłany, i wyrusza do Wietnamu z misją wywiadowczą. Przeradza się ona w akcję ratunkową, ale nie to jest istotne. Ważne, że jako broni John Rambo używa łuku bloczkowego. Zestrzeliwuje z niego m.in. śmigłowiec. Charakterystycznych przekładni na końcach broni nie da się nie zauważyć. W Stanach Zjednoczonych zaczyna się moda na łuki bloczkowe. Zainteresowanie bronią przenosi się też na inne kraje.
Trzy czwarte lżej
Nazwa łuków bloczkowych pochodzi od przekładni zainstalowanych na ich końcach. Pozwalają używać mniejszej siły do utrzymywania naciągniętej cięciwy. Dzięki nim strzelec odczuwa w ręku tylko od 25 do 35 proc. rzeczywistej siły naciągu. W łukach klasycznych siła naciągu cały czas jest proporcjonalna do zaangażowania mięśni strzelca.
