Spada inflacja cen fryzjerów, to ciekawy sygnał

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2023-09-17 20:00

Inflacja w Polsce spada, choć za część tego procesu odpowiada globalna przecena surowców – zboża, gazu itp. Najciekawsze jest pytanie, jak trwały będzie krajowy komponent inflacji, czyli podwyżki cen wynikające z lokalnych zjawisk makroekonomicznych. W tym celu ekonomiści patrzą często na ceny usług, ponieważ zależą głównie od wynagrodzeń, a te z kolei wynikają z lokalnych warunków na rynku pracy. Szczególnie ciekawym wskaźnikiem mogą być zmiany cen usług higieny osobistej (fryzjerskie, kosmetyczne), ponieważ w ogóle nie zależą od cen energii, a prawie wyłącznie od płac.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Widać tu pewne pozytywne trendy. Inflacja cen usług, w tym fryzjerskich, wyraźnie zwalnia. Jest jednak i zła informacja: ta inflacja jest wciąż daleka od normalnych poziomów. Teraz najważniejsze pytanie brzmi: czy w warunkach skokowego wzrostu płacy minimalnej możliwe jest utrzymanie dezinflacji w usługach. Będzie to wymagało redukcji wynagrodzeń przedsiębiorców. Może się to wydarzyć pod pewnymi warunkami.

W sierpniu inflacja ogółem w Polsce wyniosła 10,1 proc. wobec 10,8 proc. O tych danych już pisałem, tu przypominam je tylko w celu nakreślenia szerokiego kontekstu. W piątek GUS podał szczegółowe dane inflacyjne, które pozwalają na wniknięcie w strukturę zmian cen.

Szczególnie ciekawe jest to, jak z miesiąca na miesiąc zmieniają się ceny usług. W sierpniu wzrosły o 0,6 proc. wobec lipca. Jeśli usuniemy efekty sezonowe i uśrednimy ostatnie trzy miesiące, otrzymujemy dynamikę na poziomie 0,7 proc. To niemało, ale wyraźnie mniej niż kilka miesięcy temu. Kierunek jest dobry. Bardzo podobny trend występuje w inflacji cen usług fryzjerskich. Nie wygląda zatem na to, by dezinflacja w usługach brała się na przykład z niższych kosztów energii w transporcie czy zmian cen regulacyjnych.

Dezinflacja w usługach jest ciekawym zjawiskiem, ponieważ oznacza, że spirala cen i płac może wyhamować nawet w warunkach rozgrzanego rynku pracy. Inercja w cenach najwyraźniej nie jest bardzo duża. A skoro tak, to teoretycznie nic nie powinno stać na przeszkodzie kontynuacji tego trendu. Dopóki gospodarka znajduje się w stagnacji lub przynajmniej rośnie wolniej niż jej potencjał, dopóty powinna istnieć presja na stopniowe spowolnienie cen.

Teoretycznie. W praktyce jednak istnieją zagrożenia dla tej dezinflacji.

Pierwsze ryzyko to skokowa podwyżka płacy minimalnej w 2024 r., która zwiększy się o ponad 20 proc. Część firm będzie musiała podnieść ceny. Nie będzie łatwo wprowadzić podwyżki w warunkach przytłumionego popytu, więc część rosnących kosztów będą musieli wziąć na klatę przedsiębiorcy – albo przez redukcję zysku, albo przez wypłaszczenie siatki płac, czyli ograniczenie podwyżek dla lepiej zarabiających pracowników. Rozłożenie kosztów rosnącej płacy minimalnej między klientów, właścicieli firm i lepiej zarabiających będzie zależało od ogólnego popytu – im będzie mocniejszy, tym więcej zostanie przerzucone na klientów.

Drugie ryzyko to luźna polityka makroekonomiczna, która zmierza do wsparcia popytu. Bank centralny zaczął już szybkie obniżki stóp procentowych, a rząd zwiększył wobec pierwotnych planów deficyt fiskalny planowany na 2024 r. W gospodarce będzie więcej pieniędzy, lub mówiąc inaczej – więcej potencjału zakupowego.

W takich warunkach liczenie na to, że inflacja spadnie do poziomu sprzed 2020 r., to liczenie na szczęście.