Spokój w geopolityce pomógł światowym giełdom akcji

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-06-08 00:00

Tym razem weekend minął dość spokojnie. Jeśli Amerykanie rzeczywiście się bali, to mogli odetchnąć z ulgą. Przypuszczam jednak, że nie tylko strach przed weekendem tak bardzo zmniejszył wolumen w ostatnim tygodniu. Po prostu duży kapitał stoi z boku i czeka, czy rzeczywiście w końcu miesiąca stopy procentowe zostaną podniesione o 25 czy o 50 pkt, a komunikat Fed okaże się bardziej „jastrzębi” czy neutralny. W tym tygodniu dwa razy (dziś i w czwartek) wypowie się Alan Greenspan, co może nieco rozjaśnić sytuację. Piątkowa reakcja rynku na nieoczekiwane dobre informacje z Intela i na bardzo dobre dane makro była tak niezachęcająca, że w Eurolandzie inwestorzy byli wczoraj pełni wątpliwości, szczególnie że nadal wzmacniało się euro. Nie mogli jednak oprzeć się pokusie i kupowali akcje, licząc na dobrą sesję w USA.

W Stanach należało oczekiwać nudnej sesji i bardzo bym się dziwił, gdyby doszło do jakiegoś technicznego przełomu. Gdyby jednak tak się stało, byłby to bardzo „byczy” sygnał. Wtedy moglibyśmy przyjąć, że nijaka sesja piątkowa wynikała tylko i wyłącznie z obawy przed geopolityką. Pewne szanse dawał olbrzymi optymizm w Azji i kolejny dzień spadku cen ropy. Dzisiaj pilnie obserwowane będą dane z Niemiec (bezrobocie i produkcja przemysłowa), choć nie powinny mieć żadnego wpływu na rynek. Wszyscy będą czekali, co powie w Londynie Alan Greenspan. Do posiedzenia Fed zostało nieco ponad trzy tygodnie, więc napięcie rośnie. Nie sądzę, by wypowiedzi szefa Fed wniosły coś nowego do obrazu sytuacji. Nie wiadomo jednak, co inwestorzy z nich zrozumieją i jak zareagują. W każdym razie sesja w Eurolandzie powinna rozstrzygnąć się właśnie po tym wystąpieniu.

Nasz rynek już w piątek zachował się fatalnie. Z obserwowanych przeze mnie dziewiętnastu europejskich indeksów tylko nasze zanotowały straty. Fakt, że obrót był niewielki, ale prawdę mówiąc, to tym gorzej dla naszej giełdy, bo sygnalizuje brak kapitału. Widać było, że rynek nie chce rosnąć, ale można było zakładać, że przy WIG20 1600 pkt nie będzie chciał spadać. Będzie to zależało od tego, jakie nastroje w momencie ponownego testu wsparcia (a ku temu dążymy) zapanują na rynkach światowych. Trwa faza konsolidacji i równie dobrze można nazwać ją akumulacją lub dystrybucją w zależności od tego, czy ktoś jest w obozie byków czy niedźwiedzi. Z punktu widzenia giełdowych szczytów to powinna być akumulacja (bo nisko), ale biorąc pod uwagę bazę, jaką jest początek hossy, to może być dystrybucja (bo wysoko).

Wczoraj GPW, mimo wzrostu indeksów, potwierdziła swoją słabość. Na początku byki usiłowały przełamać opór, ale wyraźnie nie miały siły. Potem nastroje siadły, a wraz z nimi indeksy. Obóz byków nie miał nawet siły, by odrobić piątkowe straty, a co dopiero mówić o przełamaniu ważnego oporu. Przy pierwszej okazji, kiedy indeksy na świecie będą się korygowały, nasze powinny dynamicznie ruszyć na południe. Każdy technik wie, że mały obrót, towarzyszący zwyżce trwającej od połowy maja, sugeruje, że była ona tylko korektą poprzednich spadków. Piątkowe zachowanie rynku zdaje się mówić, że ta korekta się skończyła. Gdyby tak było i zaczynała się trzecia i ostatnia podfala (podfala c), to przy założeniu, że byłaby ona równa fali a (co często się zdarza), mogłaby ona sprowadzić WIG20 nawet do 1430 pkt. Przełożenie takiego ruchu na spadek WIG do 20 500 pkt zakończyłoby definitywnie cały cykl hossy oglądany przez pryzmat teorii Elliotta.

Jeśli rynek jest silny, to fala c powinna być słaba, krótka i powinna skończyć się powyżej 22 034 pkt. Ponieważ czekam na letnią hossę, opowiadam się za optymistycznym scenariuszem. Jednak w najbliższym czasie widoczna słabość rynku, polityka, brak kapitału oraz zbliżający się termin wygasania kontraktów (przyszły tydzień), powinny pomagać niedźwiedziom.