Podobnie został wiosną zapomniany srebrny jubileusz jej uchwalenia, przypadający 2 kwietnia. Konstytucja w odbiorze społecznym była aż do 2015 r. nieco odległym od prozy życia zbiorem norm interesującym głównie klasę polityczną. Po rozpoczęciu się tzw. dobrej zmiany radykalnie jednak zmieniła funkcję, stając się symbolem społecznego ruchu oporu. Wtedy zaistniał dualizm – opozycja broniła Konstytucji RP hasłowo, często nie znając treści, natomiast PiS zapisy owszem, znało, ale ich nie szanowało i bezkarnie obchodziło. Traktowanie ustawy zasadniczej stopniowo jednak ewoluowało i obecnie ukształtowała się specyficzna równowaga – każda strona czyta tylko przepisy dla niej wygodne, często zresztą dokonując nadinterpretacji. Stan wybiórczej równowagi symbolizuje z jednej strony np. chodzenie Lecha Wałęsy w konstytucyjnej koszulce, zaś z drugiej – opiewanie wygodnych zapisów przez Jarosława Kaczyńskiego.
Przez ćwierć wieku konstytucyjny tekst został tknięty zaledwie trzy razy. Najpierw w 2001 r. obwieszczeniem premiera poprawiono dwie literówki: z „by” na „być” oraz z „organizacyjne” na „organizacyjnie”. W 2006 r. PiS, PO, PSL i Samoobrona osiągnęły zgodę – notabene przeciwko zmianie były bardzo zróżnicowane ideowo SLD i LPR – w sprawie ekstradycji obywatela polskiego, jako że po wejściu do UE musieliśmy wdrożyć europejski nakaz aresztowania. W 2009 r. zaś stał się polityczny cud – bez głosu sprzeciwu (już nie było w parlamencie Samoobrony…) uchwalono zakaz wybierania do Sejmu i Senatu skazanych z oskarżenia publicznego na więzienie za przestępstwo umyślne. Od cudu sprzed 13 lat jakikolwiek kompromis nawet w kwestiach ważnych dla społeczeństwa stał się już niewyobrażalny.
W tym roku próbę skazaną z góry na porażkę podjęli obecni władcy. Oczywistą przegraną legislacyjną będą próbowali przekuć w wizerunkowy sukces, traktując nieskuteczny projekt jako inwestycję wyborczą. Zwłaszcza że połączyli dwa nośne punkty powiązane z agresją Rosji na Ukrainę. Jedna zmiana wyłączyłaby z limitu zadłużenia publicznego, nieprzekraczającego 60 proc. rocznego PKB, finansowanie armii. Druga wprost antyrosyjska – chociaż zapisana ogólnie i przyszłościowo – umożliwiałaby konfiskowanie majątku osób i podmiotów, który jest lub może być wykorzystany do finansowania lub wspierania napaści zbrojnej na nasze terytorium. Projekt skazany został na nieuchwalenie już w momencie wniesienia go z podpisami wyłącznie klubu PiS. Opozycja oczywiście nie była w stanie odrzucić go 26 maja już w pierwszym czytaniu, wniosek przepadł 191:233, przy 29 posłach wstrzymujących się. Nowelizację przejęły dwie sejmowe komisje – finansów publicznych oraz obrony narodowej – ale utknął w komisyjnej zamrażarce i na razie nie zostanie wyjęty, zapewne nastąpi to bliżej wyborów. Dzięki drobnym grupkom wasali PiS dysponuje w Sejmie dosyć pewną większością bezwzględną, ale większość konstytucyjna to po prostu szklana góra. Zmianę Sejm uchwala bowiem większością co najmniej dwóch trzecich głosów (liczoną od posłów obecnych, czyli może nie dosłownie 307, ale na pewno powyżej 300), zaś później Senat zatwierdza sejmowy tekst większością bezwzględną, czyli teoretycznie potrzeba 51 głosów. Ogromne znaczenie ma przepis, że Senat głosuje jedynie tak/nie, bez możliwości wnoszenia poprawek. W praktyce jednak okazuje się, że nowelizacja Konstytucji RP obecnym władcom absolutnie nie jest potrzebna – co chwilę ogłaszają wydawanie na dozbrojenie armii kolejnych dodrukowanych miliardów puszczanych bokiem poza budżetem państwa, bez skrępowania jakimś tam zadłużeniowym progiem 60 proc. rocznego PKB…

