Czerwiec i wrzesień to z reguły najgorsze miesiące dla właścicieli akcji — zarówno na GPW, jak i na Wall Street
Ponoć na giełdzie nic dwa razy się nie zdarza, a każda sesja rządzi się własnymi prawami. A jednak. Statystyka nie pozostawia złudzeń — patrząc na zachowanie się indeksów giełdowych w poszczególnych miesiącach można zauważyć pewną powtarzalność. Z analizy historycznych, miesięcznych stóp zwrotu wynika, że w czerwcu lepiej stać obok parkietu. Powód? Indeksy wpadają wtedy w dziwną przedwakacyjną zapaść. Nieprzypadkowo wśród inwestorów zrodziło się powiedzenie: "sprzedaj akcje w maju i jedź na wakacje" ("sell in may and go away").
Historycznie rzecz biorąc, w czerwcu na warszawskim parkiecie przewagę zyskują sprzedający. W tym miesiącu WIG traci średnio 2 proc. Gorszy jest tylko wrzesień, który z reguły uszczupla portfele inwestorów o 2,2 proc. (pozostałe miesiące są już na plusie). O tym, że to nie przypadek, świadczy równie słabe zachowanie amerykańskiego indeksu blue chipów — Dow Jones’a. Jak wynika bowiem z analizy 60 ostatnich lat (dane wg www.chartoftheday.com), Dow Jones traci średnio w czerwcu 0,3 proc. Podobnie jak w Polsce, to drugi miesiąc strat na Wall Street (najgorszym jest wrzesień z 0,8-procentowym spadkiem). Na pocieszenie długoterminowych inwestorów można dodać, że lipiec powinien wynagrodzić inwestorom czerwcowe straty. To jeden z czterech najlepszych miesięcy w roku na inwestycje. Według statystyk pierwszy miesiąc wakacji przynosi na GPW 5-procentowy wzrost WIG, a na Wall Street — 1,2-procentowy wzrost Dow Jones’a.
Skąd ta czerwcowa słabość indeksów? Powodów może być kilka. Po pierwsze — zbliża się koniec półrocza, a więc ostatni dzwonek na porządki w portfelach — czyli rozliczania operacji giełdowych, zysków i strat przez instytucje finansowe (często muszą one ujawnić klientom i akcjonariuszom stan swoich aktywów na koniec czerwca). Po drugie — zbliżają się wakacje, a więc okres zmniejszonej płynności na rynkach. To z definicji oznacza wyższe ryzyko dla inwestorów, bo trudniej wtedy zejść z parkietu niezauważonym. Po trzecie, jak co kwartał na giełdach następuje tzw. dzień trzech wiedźm, a więc rozliczenie instrumentów pochodnych (trzeci, roboczy piątek miesiąca). Z reguły wiąże się to z większą zmiennością i chęcią rozliczenia transakcji na rynku terminowym i kasowym przez różnego typu podmioty finansowe (fundusze hedgingowe, czy arbitrażystów).
Rok temu, w czerwcu, reguła ta sprawdziła się. WIG spadł wtedy o ponad 5 proc., a indeks maluchów (sWIG80) o 6 proc. Pozostaje więc nadzieja, że na GPW nic dwa razy się nie zdarza.
Magia miesięcy
Statystycznie wrzesień i październik to najbardziej feralne miesiące na giełdach. Przyczyniły się do tego kryzysy i krachy, które nadzwyczaj polubiły depresyjną jesień. Przykładów nie brakuje. Chociażby czarny październik na Wall Street z 1929 roku, czy jeszcze gorszy październikowy krach z 1987 roku. No i oczywiście 2008 rok, kiedy to wrześniowy upadek globalnego banku inwestycyjnego Lehman Brothers wywołał globalną recesję.
Równie popularny jest efekt stycznia. Zwiastuje wzrosty indeksów w pierwszym miesiącu roku, a zwłaszcza w dwóch pierwszych jego tygodniach. Często jest to wiązane z noworocznym optymizmem wśród instytucji i większą ich odwagą do podejmowania ryzyka.
No i mamy grudniowy rajd Św. Mikołaja. Po części ma to związek z efektem stycznia, bo niektórzy próbują zająć pozycję z wyprzedzeniem przed noworoczną jazdą. Inwestorzy liczą też na tzw. windows dressing, czyli podciąganie kursów przez instytucje na koniec okresu bilansowego.