Stolica nie jest reprezentatywna

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2013-10-11 00:00

Znaczenie niedzielnego referendum w Warszawie z pewnością wyrasta ponad jego warstwę stricte prawną — wyrzucenia/pozostawienia samorządowego prezydenta miasta. Bez względu na wynik mieszkańcy stolicy w najbliższym roku i tak nie zauważą jakiejkolwiek zmiany — wszak Rada Warszawy, całkowicie zdominowana przez Platformę Obywatelską, pozostaje nietknięta.

To charakterystyczne, że inicjatorzy referendum nie objęli wnioskiem również miejskiego parlamentu.

Zgodnie z logiką ustaw o samorządzie gminnym i powiatowym oraz specustawy warszawskiej — 13 października powinno odbyć się oczywiście referendum podwójne. Formalnie byłyby to dwa odrębne głosowania do tej samej urny. Ursynowski burmistrz Piotr Guział i Warszawska Wspólnota Samorządowa wykalkulowali jednak, że niezrównanie większe szanse frekwencyjne ma personifikacja głosowania i skoncentrowanie wniosku na Hannie Gronkiewicz-Waltz.

Mieli rację, albowiem w Polsce systematycznie postępuje wodzostwo władz publicznych, zarówno na szczeblu centralnym, jak i lokalnym. Kluby nie tylko posłów i senatorów, lecz także radnych wybieranych według ordynacji proporcjonalnej stają się masą, której wyłącznym zadaniem jest podnoszenie rąk dla wsparcia otaczanych kultem partyjnych władców.

Merostwo stolicy na całym świecie ma ogromne znaczenie w skali państwa. Często zresztą staje się trampoliną wynoszącą aż do fotela prezydenckiego — przykładami mogą być Jacques Chirac czy Lech Kaczyński. Stolica to zarówno prestiż, jak i trzymanie ręki na ogromnej kasie. Ale w przypadku referendum warszawskiego te obiektywne przyczyny nerwówki klasy politycznej schodzą na dalszy plan. Walczące strony dokonują projekcji wyników niedzielnego głosowania na wybory ogólnopolskie. Co nie ma żadnego sensu, ponieważ Warszawa — podobnie jak inne stolice — nie jest próbką reprezentatywną dla kraju.

W wyimaginowanym boju o wszystko pojawiają się w ostatniej chwili akcenty wręcz tragikomiczne.

Zagraniu przez PO i PiS zapomnianą postacią Kazimierza Marcinkiewicza (chodzi o odpowiedzialność za pomysł myta mostowego) poświęcamy wektor na sąsiedniej stronie. Znacznie cięższym grzechem polityków jest jednak odkryta przy okazji referendum hipokryzja. Z jednej strony — prezydent Bronisław Komorowski i premier Donald Tusk, opowiadając się za bojkotem, pozbawiają się moralnego prawa do apelowania do Polaków o frekwencję w przyszłych wyborach czy referendach.

PO ze wstydu nie chce pamiętać o własnych gorących apelach do mieszkańców Łodzi o pójście w 2010 r. do urn w celu wyrzucenia prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. Z drugiej strony — prezes PiS Jarosław Kaczyński nagle zwalcza własną tezę sprzed trzech lat, że „będąc łodzianinem, na referendum bym nie poszedł”. Teraz zarzuca skrzynki mieszkańców stolicy agitacją wykorzystującą motyw godziny W, co w ocenie żyjących powstańców warszawskich obraża pamięć ofiar z roku 1944. W sumie tak sobie myślę, że jako nieposiadający w niedzielę czynnego prawa wyborczego (mieszkam kilometr za słupkiem z napisem Warszawa) odczuwam wielki komfort psychiczny…