Dobre dane z rynku pracy — pensje wzrosły o 8,1 proc.
Doczekaliśmy się pozytywnych danych makro: w firmach pensje przyspieszyły. To nie koniec kryzysu — studzą optymizm ekonomiści.
Od października statystycy nieustannie zasypywali rynek fatalnymi nowinami. Aż do wczoraj. Wreszcie z gmachu Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) wyszły w świat dobre informacje. Dane z rynku pracy okazały się znacznie lepsze od oczekiwań ekonomistów. Oby był to dobry początek serii styczniowych wyników gospodarki.
Przyjemne liczby
Jak podaje GUS, w styczniu przeciętny pracownik w sektorze przedsiębiorstw zarobił 3216 zł, czyli o 8,1 proc. więcej niż w tym samym miesiącu ubiegłego roku. Ekonomiści rynkowi obstawiali, że dynamika wyniesie zaledwie 4,8 proc. Mieli podstawy tak sądzić, ponieważ od października wzrost płac wyraźnie hamuje — między wrześniem a grudniem ubiegłego roku o połowę.
— Styczniowe dane są zaskakująco dobre. Dynamika płac jest niewiele niższa od tej sprzed wybuchu kryzysu finansowego — mówi Karolina Sędzimir-Domanowska, ekonomistka PKO BP.
Jeszcze bardziej zaskakujące może się wydać, że według danych GUS zatrudnienie idzie w górę. W styczniu w sektorze przedsiębiorstw pracowało o 14 tys. więcej osób niż w grudniu (wzrost o 0,7 proc., ekonomiści spodziewali się dynamiki na poziomie 0,4 proc.). A przecież stopa bezrobocia w tym czasie poszła w górę z 9,3 proc. do 10,5 proc.
W krzywym zwierciadle
Ekonomiści przyznają, że z danych tchnie optymizmem. Zaznaczają jednak, że gospodarce w osiągnięciu niezłych wyników pomogło kilka czynników pozagospodarczych. Po pierwsze — statystyka.
— W styczniu GUS zawsze uaktualnia próbę podmiotów, mającą reprezentować cały sektor przedsiębiorstw, a więc firm zatrudniających przynajmniej dziewięć osób. Prawdopodobnie więc przez rok przybyło takich podmiotów, dzięki temu w naturalny sposób liczba zatrudnionych poszła w górę. Rok temu w styczniu przybyło 100 tys. osób, co również nie mogło być naturalnym zjawiskiem — tłumaczy Karolina Sędzimir-Domanowska.
Łukasz Szadorski, ekonomista Banku BPH, szacuje, że gdyby grupa, którą bada GUS, nie zmieniła się w porównaniu z poprzednim rokiem, zobaczylibyśmy spadek zatrudnienia.
Obraz rynku pracy na przełomie lat 2008-09 zaburzają też zmiany podatkowe. Od początku bieżącego roku w życie weszły bowiem korzystniejsze dla pracowników stawki PIT. Być może stąd biorą się wysokie podwyżki płac.
— Niektórzy pracodawcy przenosili część wypłat z końca grudnia na pierwsze dni stycznia, żeby zapłacić mniejszy podatek — mówi Jakub Borowski, główny ekonomista Invest Banku.
— W dodatku od początku 2009 r. w górę poszła płaca minimalna, co podnosi całą strukturę wynagrodzenia — dodaje Karolina Sędzimir-Domanowska.
Dlatego ekonomiści nie zmieniają swoich opinii o rynku pracy i całej gospodarce w 2009 r.
— W kolejnych miesiącach pensje będą hamować, ponieważ sytuacja finansowa przedsiębiorstw się pogarsza —uprzedza Łukasz Szadorski.
Miejsc pracy będzie na- tomiast ubywać. Według Karoliny Sędzimir-Domanowskiej, już w najbliższych miesiącach zobaczymy ujemne dynamiki zatrudnienia, a w całym roku liczba posad w sektorze przedsiębiorstw skurczy się o 3-3,5 proc.
okiem EKSPERTA
Marcin Mróz
główny ekonomista Fortis Banku
Dobre wieści, ale cudów nie widać
Dane z rynku pracy okazały się lepsze od oczekiwań, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Trzeba bowiem brać pod uwagę też inne informacje, a te bynajmniej nie są pozytywne. Bezrobocie rośnie, pojawia się coraz mniej ofert pracy, przedsiębiorcy w ankietach coraz częściej deklarują zwolnienia, a coraz rzadziej tworzenie nowych etatów. Dlatego nadal uważam, że najbliższe miesiące utrudnią położenie przeciętnego pracownika. O posadę będzie coraz trudniej, zatrudnienie będzie spadać, a pensje mocno wyhamują. Cudownej poprawy sytuacji gospodarczej nie będzie.
Jacek Kowalczyk