„Syndyk masy upadłości spółki Krakowski Kredens Tradycja Galicyjska w upadłości poszukuje dzierżawcy zainteresowanego dzierżawą i rozwojem i docelowym nabyciem marki Krakowski Kredens” — takie ogłoszenie ukazało się na stronach spółki Alerion, zajmującej się prowadzeniem postępowań restrukturyzacyjnych i upadłościowych.
To ostatni epizod w długiej historii krakowskiego luksusu spod znaku Jerzego Mazgaja. Krakowski Kredens był spółką zależną delikatesowej Almy i zajmował się sprzedażą produktów spożywczych i alkoholowych pod własną marką, a także prowadzeniem liczącej w szczytowym momencie około 50 punktów sieci sklepów w galeriach handlowych.
Teraz, po głośniej upadłości spółki matki, po firmie nie pozostało niemal nic — poza szczątkami sieci prowadzonymi przez byłych franczyzobiorców, małym e-sklepem i magazynem, w którym zalegają stare etykiety i setki butelek alkoholu. Została jednak marka, która ma sporą wartość.
— Do 15 października czekamy na oferty dzierżawy praw do marki Krakowski Kredens, na którą składa się kilkanaście znaków towarowych. Chcemy transakcję przeprowadzić szybko, by dzierżawca mógł wprowadzić produkty do sprzedaży jeszcze przed okresem świątecznym, w którym w poprzednich latach pakiety prezentowe Krakowskiego Kredensu były bardzo popularne — mówi Karol Tatara, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny i prezes spółki Alerion, prowadzącej postępowanie upadłościowe Krakowskiego Kredensu.

Na razie to tylko dzierżawa, bo sprzedaż marki będzie możliwa dopiero po wycenie znaków i uprawomocnieniua się czerwcowej decyzji sądu o ogłoszeniu upadłości likwidacyjnej, która została zaskarżona.
— Spodziewam się jednak, że już w przyszłym roku prawa do marki będzie można sprzedać, a dzierżawca — o ile zgodzi się na to sędzia komisarz — będzie miał prawo pierwokupu. Nie jesteśmy ze szkoły syndyków prowadzących długie postępowania, chcemy wszystko zakończyć szybko i sprawnie. Znaki towarowe są wolne od jakichkolwiek obciążeń i powinny stanowić dużą wartość dla potencjalnych nabywców, choćby dla sieci handlowych — mówi Karol Tatara.
Jak dużą? Syndyk porównuje Krakowski Kredens do Frugo. Napojowa marka została stworzona w latach 90. przez firmę Alima Gerber i była mocno promowana w telewizji. Po bankructwie kolejnego właściciela napój zniknął z rynku, ale w końcu dekadę temu markę odkupiła firma Foodcare i już po dwóch miesiącach od wprowadzenia Frugo na półki chwaliła się sprzedażą przekraczającą 30 mln zł.
— Spółka Krakowski Kredens to, mówiąc wprost, trup, ale sama marka jest bardzo rozpoznawalna, a w jej budowę włożono przez lata dużo pieniędzy — szacuję, że około 50 mln zł. Jeszcze przed postanowieniem o upadłości do sądu wpływały oferty opiewające na ponad 3 mln zł, sądzę więc, że to rozsądna cena wywoławcza. Koszt samodzielnego stworzenia i wypromowania takiej marki na pewno jest znacznie większy — mówi Karol Tatara.
W przeszłości plan przejęcia Krakowskiego Kredensu i pozostałości po Almie miały spółki powiązane z francuską siecią E.Leclerc. Zgodnie ze złożonym do KRS sprawozdaniem z działalności Krakowskiego Kredensu w 2020 r. ofertę przejęcia praw do marki złożyły cztery firmy. Była wśród nich sieć Carrefour, która zaoferowała 2,5 mln zł, a także trzy mniejsze podmioty. 1,52 mln zł zaoferowała FHU Tatry Wysokie, prowadząca e-sklep z żywnością i restaurację schroniskobukowina.pl, 3 mln zł dawała krakowska spółka Serenity Blue, a 3,2 mln zł należąca do jednego z menedżerów E.Leclerca spółka Scapremium.
Krakowski Kredens był ciekawą marką i tkwi jeszcze w świadomości konsumentów. To był koncept stworzony nieco „przed czasem" — to teraz mamy silny trend lokalności, polskich tradycyjnych produktów w kontrze do masowej produkcji międzynarodowych koncernów, więc otoczenie rynkowe sprzyja takim konceptom. To 5 minut na takie koncepty. To była naprawdę świetna marka z na wskroś pozytywnym wizerunkiem — połączona oczywiście z Almą, ale funkcjonowała również poza nią. Przeciętny konsument nie wie, co się właścicielsko działo po drodze i nie interesuje go upadłość, więc potencjalny inwestor ma szansę na reaktywację marki. Pytanie, kto się na to zdecyduje oraz czy potencjalni zainteresowani nie uznają jednak, że lepiej tworzyć markę od podstaw.