Szafa to czy garaż

Marcin Bołtryk
26-01-2007, 00:00

Jeden samochód to zdecydowanie za mało. Trzeba mieć co najmniej trzy... Na różne okazje.

Nie ma aut uniwersalnych. Co prawda, liczne klasy aut — łączące sport i elegancję, własności terenowe i użytkowe — wydają się przeczyć tej tezie. Nie należy jednak zapominać, że jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Nie obalam zasadności budowania aut typu GT, SUV czy MPV, chcę jedynie podkreślić, że aby do końca czerpać z oceanu motoryzacyjnych namiętności, trzeba wybierać te auta, które są wyjątkowe w swojej klasie — niczego ze sobą nie łączą.

Ambitny sufler

Namiętności i pasji zawdzięczamy największe przymioty produktu. Doskonałym potwierdzeniem tego jest Mercedes E320 CDI. Dlaczego? Bo w ciągu ponadpółwiecznej historii tego modelu koncern wypracował definicję auta wygodnego i bezpiecznego, kierując się pasją właśnie. Trudno to sobie wyobrazić, ale po 54 latach nikogo w Mercedesie nie zżarła rutyna i nuda. Tak działa motoryzacyjna namiętność...

O tym, że producent przoduje w wygodnych autach, niech świadczy to, że do końca 2001 roku jego fabryki opuściło 10 mln kolejnych modeli — ich następcą jest testowany E320 CDI. I każdy był bardzo popularny w swoim czasie. Takie genealogiczne obciążenie zobowiązuje. Tym bardziej że obecna E-klasa, która debiutowała w 2002 roku, stanowi blisko połowę ogólnej produkcji Mercedesa. Na wpadki nie ma miejsca. Niepowodzenie kolejnego modelu wywołałoby prawdziwą katastrofę.

Niedawno E-klasa przeszła operację plastyczną. Gdzieniegdzie wygładzono, gdzieniegdzie dodano, zwiększono lub zmniejszono. Na pierwszy rzut oka niewiele, ale na pierwsze przyciśnięcie stopy — bardzo dużo. Najwięcej bowiem zmieniono tam, gdzie nie widać. Popularny mercedesowski silnik 320 CDI otrzymał większy moment obrotowy, a pod piękne aluminiowe felgi trafiły hamulce z flagowej limuzyny — S-klasy.

Wygodny samochód to nie wszystko. Musi być jeszcze piękny, a jeśli przy tym klasyczny — sukces gwarantowany. E-klasa doskonale pasuje do każdego garnituru. Subtelne linie, okrągłe światła i nieco groźna atrapa chłodnicy doskonale harmonizują z wyobrażeniem o wygodnym i eleganckim pojeździe. Za dnia doskonale widać, jak dopracowane są detale: obszyte wysokogatunkową skórą elementy i wstawki z eukaliptusowego drewna. Drapowane wewnętrzne poszycie drzwi dodaje przytulności. Po zmroku wzrok przykuwają inne detale. Na przykład półkoliste lampy pod sufitem, nieustannie zapewniające dyskretne podświetlenie kabiny. Bardziej spektakularny efekt daje duży wyświetlacz systemu Comand, łączący funkcje radioodbiornika, odtwarzacza płyt CD i DVD, ekranu nawigacji satelitarnej i menu telefonu komórkowego. Dookoła ekranu rozciąga się królestwo przycisków... Wszystko czytelne i logiczne, a nade wszystko wygodne. Lista wyposażenia standardowego długością dorównuje spisowi tygodniowych zakupów czteroosobowej rodziny. Ale jeśli komuś kwota 236 tys. zł za wersję podstawową nie wydaje się wygórowana, może rozważyć kilka dodatków: pneumatyczne zawieszenie Airmatic, fotele z funkcją masażu, system Distronic, dzięki któremu E-klasa potrafi utrzymywać stałą odległość od poprzedzającego ją pojazdu i utrzymać jego tempo jazdy. Na uwagę zasługują inteligentne reflektory, potrafiące nie tylko „śledzić” ruchy kierownicy, ale też dostosować sposób świecenia do warunków jazdy. Wszystkie te ułatwienia czasem sprawiają, że E-klasa niczym niesforny sufler wciela się w rolę reżysera...

O komfort podróżowania E320 CDI dba siedmiobiegowa przekładnia automatyczna. A jeśli dodam, że po włączeniu wycieraczek klocki hamulcowe od czasu do czasu zbliżają się do tarcz, by w czasie jazdy odparować pozostającą na nich wodę i ułatwić szybszą reakcję układu hamulcowego, nie będzie już wątpliwości — mamy do czynienia z maszyną, która potrafi myśleć! I to wyłącznie o tym, jak zapewnić jeszcze więcej komfortu i bezpieczeństwa. Co zatem klasa E potrafi najlepiej? Dowieźć pasażerów na miejsce bez zbytniego zmęczenia i stresu. Nie bez powodu jest to ulubiony pojazd taksówkarzy, którzy w E-klasach spędzają pół życia. Jeśli jednak ktoś szuka fascynujących doznań z jazdy, to nie jest najlepszy wybór. Owszem, 224 konie i tylny napęd pozwalają na odrobinę szaleństwa przy wyłączonym ESP, ale ten samochód zdecydowanie do tego nie służy. To raczej długodystansowiec, który dowiezie z klasą i w szybkim tempie, ale bez fajerwerków. Chcesz adrenaliny? Przesiądź się!

Eliksir młodości

Co zrobić, żeby się nie zestarzeć na wygodnym, wentylowanym mercedesowskim fotelu? Zawierzyć powiedzeniu, że ludzie nie dlatego przestają się bawić, że się starzeją, lecz starzeją się, bo przestają się bawić... Trzeba więc sprawić sobie zabawkę. Drogą, niebezpieczną i piekielnie podniecającą. Nissana 350 Z.

Mówią o nim: Porsche dla mniej zamożnych. Dlaczego? Bo kosztuje dużo mniej niż dziewięćsetjedenastka, a jeździ prawie tak samo. Prawie... robi wielką różnicę. Jak wielką? Niedostrzegalną. Poczuje się to, prowadząc 350 Z. Ruchy samochodu wiernie odwzorowują ukształtowanie drogi, ale nierówności są skutecznie tłumione i, co ważne, nie ma nieprzyjemnych hałasów. Jadąc warszawskimi ulicami, nissan od czasu do czasu rzuci kierowcą jak workiem z ziemniakami, ale mimo to... rozluźnia i odstresowuje. Dziury, studzienki, tory — wszystko to zbywa milczeniem. Żadnych trzasków, skrzypów, łomotów. To zasługa solidnych poprzeczek łączących elementy zawieszenia. Wielowahaczowy układ jezdny, zestrojenie sprężyn i amortyzatorów powodują, że każdy ruch kierownicą natychmiast powoduje reakcję auta. Jedno jest pewne: to nie mercedes — w którym najważniejszy jest spokój — ale mające gotować krew w żyłach sportowe coupe.

O tym, że Nissan liczy na „biznesową” klientelę, świadczy... naklejka umieszczona na wewnętrznej stronie klapy bagażnika. To obrazkowa instrukcja postępowania w jedyny sposób, który umożliwi upakowanie w aucie dwóch kompletów... kijów golfowych. Zresztą — na możliwości przewiezienia golfowego sprzętu kończą się praktyczne cechy tego samochodu. Co on w sobie ma? Ocean adrenaliny, którą aplikuje kierowcy przy każdym wciśnięciu pedału przyspieszenia. Wielki obrotomierz, centralnie umieszczony. Na środku deski rozdzielczej dwa dodatkowe małe wskaźniki i wyświetlacz komputera pokładowego. Siedzi się nisko i ogląda świat przez niewielkie szyby. Tak jak powinno być w samochodzie sportowym! Kubełkowe fotele nissana są dużo lepsze niż w większości podobnych aut. Otulają ciasno. Problem braku miejsca nad głową — często spotykany u konkurencji — tu nie istnieje. I nie trzeba obawiać się o łupanie w krzyżu!

Zabawa przednia. 300 KM i 5,9 s do setki — to nie tylko pobożne życzenia konstruktorów. 350 Z jest bardzo szybki. Do tego efektowny — z powodzeniem można podjechać nim pod filharmonię czy na spotkanie w interesach... Tylko garnitur się pogniecie.

W obiciach legendy

Chodzenie wydeptanymi ścieżkami jest niebezpieczne — można się poślizgnąć. Na nieprzetarte szlaki zaś potrzebny jest specjalny sprzęt, najlepiej sprawdzony. Land Rover Defender to jedna z pierwszych i najsłynniejszych terenówek świata. Jest obok Jeepa symbolem auta z napędem na cztery koła. Początek legendy Defendera datowany jest na 1948 rok —od tamtego czasu samochód prawie się nie zmienił. Temu zawdzięcza swoją wyjątkowość. Budzi uznanie. Bez wątpienia jest jednym z bardziej niezawodnych, praktycznych i uniwersalnych wszędołazów, którego prawdziwym żywiołem są błota, bagna, głębokie wody, rzeki, ale też śliskie koleiny i zaśnieżone leśne przecinki, gorące piaski i wydmy. Dzięki swoim umiejętnościom stał się ulubionym pojazdem leśników, pograniczników czy wojskowych, nawet gromowców czy żandarmów. Na ulicach i drogach pojawiają się też defendery kupione przez osoby prywatne — do ciągnięcia przyczepy z końmi, łodzi, jachtu. Ale często dlatego, że Land Rover Defender wyróżnia się z przeciętności, spośród podobnych do siebie „plastikowych” aut. Daje przy tym ogromną swobodę i komfort psychiczny — nigdy nie zawiedzie. Jednym z dowodów na niezwykłość tego auta jest to, że do dziś na całym świecie nadal jeździ ponad 75 proc. wszystkich wyprodukowanych przez ponad pół wieku defenderów. Model ten przez blisko sześć dekad wytrzymał napór luksusowych, ale mało „terenowych” SUV-ów, nie tracąc nic ze swego niepowtarzalnego charakteru. Kochają go za to ponad dwa miliony jego właścicieli i kilka milionów miłośników off-roadu.

To auto nie posłuży jako reprezentacyjna limuzyna, ale jego właściciel z miejsca zostanie uznany za człowieka z klasą... Ubogie, wręcz ascetyczne wnętrze pozbawione jest jakichkolwiek ozdobników. Tu wszystko do czegoś służy. I tak ma być. Nie można być doskonałym we wszystkim!

Zdecydowanie — jeden samochód nie wystarcza. A w garażu szanującego się miłośnika motoryzacji z klasą powinny lśnić co najmniej trzy. W jego szafie przecież wisi więcej niż jeden garnitur...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Szafa to czy garaż