Od 16 lutego ma ruszyć w Łodzi całkowicie świeży dziennik: „Nowy Głos Robotniczy”, wydawany przez dziennikarzy z niedawno zlikwidowanego oddziału „Trybuny”.
To niespodzianka. Od siedmiu lat —ostatnie, w marcu 1997 roku, były „Supernowości” w Rzeszowie — w Polsce nie pojawił się nowy dziennik regionalny. Tylko ubywało tytułów — wskutek plajty, albo ich łączenia lub zamykania przez Polskapresse czy Orklę. 12-osobowym zespołem redakcyjnym „Głosu” pokieruje Janusz Murynowicz, dawny naczelny łódzkiej „Trybuny”, mąż Alicji Murynowicz, posłanki SLD.
„Puls Biznesu”: Dlaczego grupa dziennikarzy ze zlikwidowanego oddziału „Trybuny” bierze się do wydawania własnego dziennika? Kim w ogóle jesteście: marzycielami, desperatami? Przecież nie macie szans na sukces...
Janusz Murynowicz: Wszystko zależy od tego, co uważamy za sukces. Dla jednych to wpływy i fortuna rzędu Roberta Murdocha, dla nas — zapewnienie utrzymania dla kilkunastu pracowników — pasjonatów, którzy chcieliby pozostać w zawodzie. Likwidacja „Trybuny” była jedynie bodźcem, bo i tak nosiliśmy się z zamiarem stworzenia własnej gazety. Albo będzie to piękna katastrofa, albo uda nam się utrzymać nasz zespół.
Skąd nazwa?
„Głos Robotniczy” istnieje w świadomości łodzian, choć nie ukazuje się od 1991 r. Jego nakład sięgał prawie 200 tys. egzemplarzy — był to organ PZPR, lecz gazetę czytali oczywiście nie tylko członkowie partii. Postanowiliśmy wykorzystać sentyment do tego tytułu. Ale nie będzie to ani kalka, ani reprint.
To znaczy redakcja — pragmatycznie —wyzbędzie się lewicowych postaw?
Nie — choćby ze względu na poglądy ludzi, którzy ją tworzą. Ale nie mamy zapisane w programie, że będziemy przychylni bardziej prawej lub lewej stronie.
Ryzykowna ta lewicowość. Lewica stale traci na popularności, nawet w „czerwonej Łodzi” oddała samorządową władzę prawicy. A tu jeszcze fatalne notowania rządu... Poza tym na rynkach lokalnych trwa koncentracja prasy, skupowanie jej i skupianie przez koncerny...
Fakt — termin startu gazety jest dość wredny. Ale na szczęście ruszymy jeszcze przed akcesją do Unii. Naszym atutem są mizerne koszty własne. Małe, skromne biuro, brak etatów dla dziennikarzy — te pojawią się dopiero, gdy będziemy pewni, że się utrzymamy.
Jaki jest kapitał zakładowy?
Nie powiem...
Dlaczego? Pewnie równie mizerny, jak koszty?
Nie powiem, bo to prywatne pieniądze kilkunastu osób — dawnych pracowników „Trybuny”.
Jaki planujecie nakład i na jaką sprzedaż liczy gazeta?
Realny nakład to 12-15 tys. egzemplarzy po 1,4 zł za wydanie codzienne, a za sobotnie — po 2 zł. Liczymy, że jeśli sprzedamy połowę nakładu, wyjdziemy na swoje. „Głos” można będzie kupić w całym województwie.
Na jakich reklamodawców liczycie?
Na każdych. Jeszcze z „Trybuny” mamy kilku zaprzyjaźnionych. Są nimi samorządy — nie zawsze zresztą lewicowe. Naszą zaletą jest elastyczność. Drukujemy szybko i dokładnie.
A grupa docelowa czytelników?
Jak mówiłem: liczymy na sentyment — więc będą to ludzie powyżej 35. roku życia, dawni czytelnicy „Trybuny”, lewicujący. Ale jesteśmy otwarci...
Kto będzie głównym konkurentem?
Takiego konkurenta sensu stricto nie widzimy... Dlatego jesteśmy optymistami. „Express Ilustrowany” jest dostępny przede wszystkim w Łodzi, Zgierzu i Pabianicach. Na łódzkim rynku prasowym jest jeszcze „Dziennik Łódzki”, silnie zregionalizowany — każdy powiat ma swoje wydanie i czytelnicy nie mają szansy się dowiedzieć, co dzieje się w mieście obok. No i łódzka edycja „Gazety Wyborczej”. Ale ten tytuł nie wszystkim pasuje... Poza tym w dziale regionalnym tej gazety informacje nie dotyczą całego regionu, lecz zazwyczaj tylko stolicy województwa.
Co będzie Was od nich odróżniało?
Dostarczymy informacji z całego województwa — także mniejszych miejscowości, a nie tylko z jednego powiatu.
Okiem naczelnego
Żadnych szans
- Nie daję tej gazecie żadnych szans. Nie w tych realiach, nie na tym rynku... Mam nadzieję, że koledzy przygotowali dobry biznesplan i nie powtórzą cudzej plajty sprzed kilku lat... Wtedy również kilku dziennikarzom wydawało się, że dadzą radę. Wydali tylko 12 numerów pisma „Kurier Ilustrowany”, a z długów wychodzili kilka lat! Jeżeli „Trybuna” się wycofała, to tym bardziej nawiązywanie do „Głosu Robotniczego” nie ma sensu. Zwłaszcza gdy poparcie dla frakcji Leszka Millera maleje z każdym dniem. Nie wiem, ile wydawcy mają pieniędzy na ten cel, ale nawet gdy będą to worki złota, to i tak w takiej sytuacji będą mieli problemy. Na łódzkim rynku dużą popularnością cieszy się „Fakt”. Pobicie go nie będzie łatwe.
Paweł Jędras, redaktor naczelny łódzkiej „Gazety Wyborczej”
Okiem eksperta
Konotacje z lewicą
- Odnoszę się do podobnych inicjatyw z dużą sympatią. Bo to nowe miejsca pracy dla dziennikarzy, nowy tytuł, coś się dzieje... Ale nie wróżę „Nowemu Głosowi Robotniczemu” świetlanej przyszłości. Po pierwsze dlatego, że obecnie, by wypromować jakikolwiek tytuł prasowy — nawet „odgrzewany” — potrzeba olbrzymich pieniędzy, a tych chyba ci ludzie za dużo nie mają. Fakt — kiedyś „Głos Robotniczy” był największym tytułem w Łodzi. Ale konotacje są jednolite — z lewicą. A ta ma się dzisiaj nie najlepiej. Z badań prasoznawczych wynika, że wśród ludzi prasy największe uznanie czytelników budzą osoby bezstronne, apolityczne, dbające i zabiegające o niezależność. A ekipa „Nowego Głosu Robotniczego” nie ukrywa swego zaangażowania. Zresztą „Głos Robotniczy” jest dość pechowy. Tytuł na początku lat 90. nabyli od likwidatora działacze PSL. Niestety, nie mieli pomysłu, co tym fantem zrobić. I nie wyszło. Wchodzenie po raz n-ty do tej samej rzeki nie wychodzi na zdrowie.
Łódzki rynek prasowy jest trudny i już w pełni nasycony. Istniejące dzienniki podzieliły się czytelnikami i nie ma miejsca dla nowych tytułów. Rola „Nowego Głosu Robotniczego” może sprowadzić się do biuletynu.
dr Zbigniew Bajka, Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego