Tłum chętnych na prezydenta królewskiego grodu

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2026-08-20 18:03

27 września odbędzie się w Krakowie pierwsza tura, prezydent wybrany zostanie spośród dwóch zawodników z najlepszymi wynikami w dogrywce 11 października.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Hasło „zbliżające się wybory" w kontekście ogólnopolskim dotyczy wyłonienia Sejmu i Senatu w październiku 2027 r., wcześniej planowo nic się nie kroi, możliwe jest tylko ewentualne uzupełnianie składu Senatu. Rozpalające już emocje klasy politycznej przyszłoroczne głosowanie powszechne odbędzie się najprawdopodobniej w pierwszą możliwą konstytucyjnie niedzielę 17.10, chociaż możliwa jest także następna 24.10. Na poziomie samorządowym natomiast kalendarz rozmaitych elekcji na stronie Państwowej Komisji Wyborczej jest nabity, dosłownie w każdą niedzielę uzupełniane są w okręgach jednomandatowych składy rad gmin/miast do 20 tys. mieszkańców.

Rzadziej odbywają się niezrównanie grubsze gatunkowo śródkadencyjne wybory wójta/burmistrza/prezydenta. Te najsłynniejsze, promieniujące wizerunkowo na cały kraj, odbędą się 27 września 2026 r. w stołecznym królewskim Krakowie. Przypomnę, że w miejskim referendum 24 maja frekwencja okazała się wystarczająca do usunięcia prezydenta Aleksandra Miszalskiego, byłego posła Koalicji Obywatelskiej, natomiast ze względów czysto arytmetycznych (inna liczba wyborców z 2024 r. była podstawą obliczeń) dosłownie o włos utrzymała się rada miasta. Bilans procentowy w urnach był w obu głosowaniach podobnie miażdżący – prezydent odwołany został stosunkiem 97,93 do 2,07, natomiast nieskuteczna frekwencyjnie próba odwołania rady dała wynik 96,16 do 3,84.

W wyścigu chętnych do obsadzenia fotela włodarza królewskiego grodu zakończył się pierwszy etap. Zarejestrowały się aż… 24 komitety zamierzające zgłosić kandydata na prezydenta. Taka liczba oczywiście przesądza, że 27 września odbędzie się tylko pierwsza tura, zaś prezydent wybrany zostanie spośród dwóch zawodników z najlepszymi wynikami w dogrywce 11 października. Zarejestrowało się 10 komitetów partyjnych, jeden organizacyjny oraz 13 formalnie osobistych. W tej ostatniej kategorii wystartują sondażowi faworyci – przede wszystkim odwieczny niedoszły prezydent (próbował już trzy razy) Łukasz Gibała pod swoim starym szyldem Kraków dla Mieszkańców oraz Monika Piątkowska, senatorka KO, która taktycznie skryła barwy partyjne i komitet nazwała Ponad Podziałami. Ciekawostką jest start Mariana Banasia, byłego prezesa NIK, który komitet nazwał tylko imieniem i nazwiskiem. Obecnie wszyscy chętni zbierają wymagane co najmniej 3 tys. podpisów krakowskich wyborców i do 3 września zarejestrują się jako kandydaci, zapewne w liczbie 24, albowiem niewysoki próg podpisowy raczej nie odegra roli selekcyjnej.

Pretekstem do tego krakowskiego komentarza była dla mnie czwartkowa wizyta pod Wawelem premiera Donalda Tuska. Przewodniczący KO przyjechał udzielić promocyjnego wsparcia Monice Piątkowskiej, która wykonuje zdumiewające hołubce wizerunkowe – pozostaje w partii, ale zarazem się od niej dystansuje. Generalnie KO nie wyobraża sobie jednak utraty prezydentury Krakowa, zwłaszcza że w 43-osobowej radzie miasta swoimi 19 mandatami wraz z czwórką reprezentantów Nowej Lewicy trzyma większość. Po szczęśliwym przetrwaniu 24 maja referendum miejski parlament dotrwa już do końca kadencji 2024-2029.

Premier rzucił na wyborczy rynek dwa prezenty dla Krakowa, ale w domyśle oczywiście dla jego kandydatki. Jeden jest konkretny i sensowny, chodzi o poprawkę w procedowanej ustawie o wprowadzeniu możliwości ustalania przez gminy opłaty turystycznej za rejestrowane noclegi (maksymalnie 5 zł za dobę), aby zasilała w całości budżety samorządów, bez odprowadzania 20 proc. do Polskiej Organizacji Turystycznej. Te pieniądze nie będą przecież służyły promocji turystyki, lecz sfinansowaniu wydatków infrastrukturalnych gmin/miast służących obsłudze gości i tak przyjeżdżających bez dodatkowych zachęt. Drugi prezent ma charakter przyszłościowy i dość abstrakcyjny. Otóż rząd ma starać się o zorganizowanie pieniędzy, w domyśle unijnych, na metro w Krakowie. Wartość tego prezentu osłabiła jednak bardzo fachowa teza Stanisława Kracika, doświadczonego samorządowca o korzeniach w PO/KO, pełniącego czasowo obowiązki prezydenta Krakowa. Stwierdził, że realny termin rozpoczęcia budowy metra pod Wawelem to mniej więcej lata 2040–2045, czyli za jakieś cztery kadencje samorządowe. Premier nazwał tezę zastępczego prezydenta miasta przesadnie powściągliwą. Niezależnie od kalendarzowej perspektywy, ciekawsze jest pytanie – jak stabilne okażą się te obiecywane zewnętrzne pieniądze na krakowskie metro, jeśli 11 października wreszcie za czwartym podejściem dochrapie się prezydentury Łukasz Gibała…