Była to imitująca czekoladę fikcja, w której importowany – wtedy mało dostępny – tłuszcz kakaowy zastępowany był na przykład olejem rzepakowym. Zaletą czekoladopodobnej swojskiej lipy była jej dostępność poza systemem reglamentacji, albowiem czekolada prawdziwa przysługiwała jedynie na kartki dziecięce. Dorosły mógł ją sporadycznie upolować wymiennie za kartki tytoniowe – jako niepalący zawsze okazję wykorzystywałem – lub nawet za kartkę alkoholową, ale tę pożytkowałem zgodnie z jej przesłaniem.
Konsumpcyjnym przypomnieniem realiów PRL nawiązuję do poniedziałkowego eventu pod prezydenckim żyrandolem. Po południu Andrzej Duda powoła i zaprzysięgnie nowy rząd Mateusza Morawieckiego. Nawet sami organizatorzy i uczestnicy absurdalnej imprezy nie mają wątpliwości, że to nie żaden rząd wyimaginowanej „koalicji polskich spraw”, lecz zaledwie marnej jakości wyrób rządopodobny. Na jego etykiecie zastępczej wydrukowany jest bardzo krótki termin przydatności do spożycia – 11 grudnia 2023 r. Tegoż dnia wyrób otrzyma polityczny cios nokautujący w głosowaniu Sejmu nad wotum zaufania. Notabene nawet po nokaucie będzie jeszcze administrował, ale już tylko przez 48 godzin, ponieważ docelowy rząd Donalda Tuska zostanie wybrany 11-12 grudnia – w jego kompletnym składzie – bezwzględną większością głosów przez Sejm, co konstytucyjnie będzie automatycznym udzieleniem mu wotum zaufania. Konstytucja RP dokonała tutaj logicznego skrótu, bez sensu byłoby przeprowadzanie po chwili odrębnego głosowania nad wotum. Wyłącznie czysto technicznym dostawieniem kropki nad i będzie kolejna uroczystość wręczenia dyplomów pod prezydenckim żyrandolem, co dopełni się najprawdopodobniej w środę, 13 grudnia. A rano 14 grudnia Donald Tusk jako prezes Rady Ministrów poleci do Brukseli rządowym B-737 na szczyt Rady Europejskiej, której przez pięć lat przewodniczył…
Komentarz w numerze piątkowym rozpocząłem w trybie niedowierzającym. Pierwsze zdanie brzmiało: „Podobno desygnowany na premiera Mateusz Morawiecki ma w weekend podać skład swojego iluzorycznego nowego rządu, który podobno w poniedziałek, 27 listopada, zostanie podobno powołany i zaprzysiężony przez Andrzeja Dudę”. Przypuszczenia drugie i trzecie się potwierdziły, ale w pierwszym Mateusz Morawiecki nas oszukał – ponad tydzień temu publicznie obiecał, że skład rządu przedstawi w siedem-osiem dni. Termin w weekend upłynął, tymczasem ani widu, ani słychu. A zatem cała prowizorka zostanie wyjęta – niczym króliki z kapelusza – dopiero w poniedziałek pod żyrandolem. W sumie Mateuszowi Morawieckiemu nawet … trudno się dziwić, wszak rekrutacja do dwutygodniowego wyrobu rządopodobnego przypominała polowanie. Obstawiam, że spośród dotychczasowych ministrów mogą utrzymać teki siłowe Mariusz Błaszczak i Mariusz Kamiński, a reszta będzie nowa. Na tytuł dwutygodniowego ministra połaszą się jacyś zausznicy dotychczasowych władców, może nowi posłowie, mogą także zostać awansowani dotychczasowi wiceministrowie lub wysocy urzędnicy. Wśród nielicznych ujawnionych personalnych tajemnic media obiegła wieść, że Jacek Sasin na fotel ministra aktywów państwowych forsuje… wieloletnią wierną służkę z Radzymina, jeszcze z dawnych czasów, bibliotekarkę którą przez lata tzw. dobrej zmiany obsadzał na tłustych (naprawdę kakaowych, a nie jakichś rzepakowych) posadach w państwowych spółkach, zaś od roku ustanowił swoją pomocnicą w samym resorcie. Jej rękami zamierza nadal rządzić, oczywiście fizycznie nie bywając w ministerstwie. Ta dwutygodniowa imitacja będzie oczywiście kabaretowa, ale niestety w pełni konstytucyjna. Taka jest istota kryzysu państwa, symbolizowanego poniedziałkowym eventem pod żyrandolem.

