Traffic, czyli ryzykowny ruch

Dawid Tokarz
opublikowano: 2005-08-05 00:00

Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy jest miejscem dziwnych zdarzeń, które łączy osoba Jerzego Kowalewskiego. Sprawę badają jednak nie egzorcyści, lecz prokuratura.

W dawnej posesji słynnych braci, w ścisłym centrum Warszawy, mieści się Traffic Club — największy salon multimedialny w Polsce. Ruszył 1 kwietnia 2003 r. Od początku klienci mogli przebierać w tysiącach książek, kaset i płyt, rozłożonych na pięciu piętrach.

Na starcie, w dniu otwarcia Trafficu odbyła się gala wręczenia Fryderyków — popularnych nagród muzycznych. Miesiąc później przy Brackiej najnowszą płytę podpisywały już gwiazdy z zespołu Metallica. Wrażenie potęgowała misterna konstrukcja ze szkła i metalu, stworzona w stylowej, przedwojennej kamienicy. Zdaniem specjalistów remont i wyposażenie salonu kosztowało ponad 10 mln zł (Jerzy Kowalewski, pomysłodawca Trafficu, twierdzi, że 12 mln zł). Nic dziwnego, że władze Empiku, niekwestionowanego lidera w sprzedaży książek i multimediów, zaczęły przyglądać się działalności konkurenta ze zdwojoną ciekawością.

Właściciel

A przyglądały się zwłaszcza dlatego, że ambicje Jerzego Kowalewskiego sięgały daleko. Ten biznesmen zaczynał karierę w 1986 r. od założenia Konsbudu — spółki, która już na przełomie lat 80. i 90. stała się jednym z potentatów rodzimego biznesu. Potem — równie szybko — jej blask przygasł, a Jerzy Kowalewski zaangażował się w wiele innych firm, z których najbardziej znane to Konsmetal (producent urządzeń takich jak kasy pancerne czy sejfy) oraz giełdowa ŁDA Invest. Większość interesów Kowalewskiego kończyła się tak samo: spółki padały, zostawiając po sobie mniejsze lub większe długi. Biznesmen spróbował jednak jeszcze raz. I znowu chciał grać wysoko.

Plany co do Trafficu nie kończyły się na salonie przy Brackiej. Już w sierpniu 2003 r. spółka Traffic Club Corporation podpisała wstępną umowę najmu ponad 1,7 tys. mkw. w powstającym właśnie w Warszawie Blue City. W tym centrum rozrywkowo-handlowym firma miała nie tylko sprzedawać prasę, książki, płyty i filmy, ale również organizować dla fanów koncerty gwiazd, odtwarzane na żywo na wielkich ekranach. Pod koniec 2003 r. do życia powołano spółkę, która miała zająć się prowadzeniem salonu w Blue City — Traffic Club Blue (jej prezesem, podobnie jak Traffic Club Corporation, został Jerzy Kowalewski). Z planów wyszły nici.

— Umowę wypowiedzieliśmy wkrótce po jej podpisaniu. Traffic — wbrew obietnicom — nie wypełnił warunków formalnych: nie przedstawił projektu aranżacji wnętrz ani gwarancji bankowej, nie wpłacił też zaliczki — tłumaczy Agnieszka Rojewska, reprezentująca Blue City.

Co się stało? Jerzy Kowalewski musiał zarzucić ambitne plany. Jeden z powodów: właśnie wtedy, pod koniec 2003 r., kulisy modernizacji budynku przy Brackiej i otwarcia pierwszego salonu Trafficu znalazły się już pod lupą prokuratury.

Modernizacja

Do przeprowadzenia remontu w budynku dawnego Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy Jerzy Kowalewski wyznaczył firmę Koni. To ona podpisywała z podwykonawcami umowy na przebudowanie, oświetlenie i umeblowanie salonu. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem.

— Kilka pierwszych, zazwyczaj niewysokich faktur, płacono zgodnie z terminem. A potem zaczynały się problemy... Koni obiecywało płatności następnych należności, mówiąc o perspektywach uzyskania kredytu lub uruchomienia jego następnej transzy. Szybko się okazało, że były to czcze zapewnienia — mówi Wojciech Staszyński, prezes Basty (jak twierdzi — do dzisiaj nie może doczekać się zapłaty około 550 tys. zł).

— Kiedy zaczęliśmy zdecydowanie domagać się należnych nam pieniędzy, Koni postanowiło kwestionować wykonanie robót, wykorzystując różne wymyślone argumenty — wtóruje mu Mirosław Góreczny, dyrektor Widoku (Koni winna mu jest ponad 83 tys. zł).

Długi Koni w stosunku do wszystkich spółek podwykonawców szacują oni na ponad 2 mln zł. Jakie są szanse ich odzyskania? Znikome! Koni nie posiada bowiem praktycznie żadnego majątku.

Zajrzeliśmy do akt rejestrowych spółki. Firma Koni Zakład Budowlany powstała w czerwcu 2002 r. Większość, bo 99,5 proc. udziałów o wartości 99,5 tys. zł, objęła spółka Xonix. Jeden udział, wart 500 zł, przypadł Domu Handlowemu Arka. Co wiemy o udziałowcach? Zarówno Xonix, jak DH Arka to spółki z siedzibą w budynku przy ul. Brackiej (tym samym, w którym mieści się Traffic Club). Prezesem obu jest Krzysztof Kiwerski — emerytowany wojskowy, w czasach PRL wieloletni członek Akademii Sztabu Generalnego. Prywatnie — teść Jerzego Kowalewskiego, szefa rady nadzorczej zarówno DH Arka, jak i Xonixu.

Kapitał założycielski wysokości 100 tys. zł to niewiele, zważywszy, że Koni miała przeprowadzić remont, na który potrzebowała co najmniej 10 mln zł. Ale de facto spółka zaczęła działalność nie ze 100 tys. zł, a z... pół tysiącem złotych. Wiemy to z aktu oskarżenia, który w zeszłym tygodniu Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście przesłała do sądu.

Zarzuty

— Zarzucamy w nim Krzysztofowi S., prezesowi Koni, popełnienie przestępstwa przedstawienia nieprawdziwych danych (art. 587 kodeksu spółek handlowych) w połączeniu ze sfałszowaniem dokumentu (art. 271 kodeksu karnego). Grozi mu do 5 lat więzienia — mówi Piotr Woźniak, szef Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście.

O co chodzi? Krzysztof S. tuż po powołaniu Koni, 25 czerwca 2002 r., podpisał oświadczenie o opłaceniu całego kapitału zakładowego spółki (niezbędny warunek do jej zarejestrowania). Tymczasem z ustaleń prokuratury wynika, że Xonix co najmniej do grudnia 2002 r. nie wpłacił swojej części kapitału, a jedynymi pieniędzmi, jakimi dysponowało Koni, było 500 zł, pochodzące od DH Arka!

— Od początku ta spółka nie miała pieniędzy na finansowanie swojej działalności i remont. Do dziś nie ma też żadnego majątku. To nie przypadek. W ten sposób uniemożliwiono nam egzekucję zaległych pieniędzy — uważają zgodnie Wojciech Staszyński i Mirosław Góreczny.

Przekonują, że osobami, które decydowały o przebiegu remontu, był nie prezes Koni — Krzysztof S., lecz Krzysztof Kiwerski (mimo prób nie udało się nam z nim skontaktować) — przede wszystkim — Jerzy Kowalewski. Tego samego zdania są inni nasi rozmówcy, „będący blisko” remontu budynku przy Brackiej. Zwracają uwagę, że decyzje o płatnościach z Koni podejmował Jerzy Kowalewski (wykorzystując do tego głównie inne swoje spółki: Konsmetal i Traffic Club Corporation). Tezę, że Krzysztof S. był jedynie człowiekiem-słupem, zdaje się potwierdzać również on sam. Zeznając w prokuraturze, nie wiedział nawet, kto jest głównym udziałowcem kierowanej przez niego spółki... Zapewniał, że jest nim DH Arka, gdy ta firma była w rzeczywistości właścicielem jedynie 0,5 proc. udziałów w Koni!

Prokuratura przymierza się do postawienia szefowi Koni jeszcze jednego zarzutu dotyczącego nieprawidłowości w sprawozdawczości finansowej (tu najwyższe zagrożenie to 2 lata pozbawienia wolności). I sprawdza, czy Krzysztof S. nie dopuścił się składania fałszywych zeznań.

Wersja prezesa

Wykonawcy remontu Traffic Clubu liczą, że w sprawie pojawią się nowe zarzuty i nowi podejrzani. Jak do tej pory jednak prokuratura umarzała główny wątek śledztwa, uznając, że naruszenia, do których doszło przy remoncie budynku przy ul. Brackiej, nie wypełniają znamion oszustwa, wymienionych w kodeksie karnym, a jedynie mogą stanowić naruszenie kontraktu w rozumieniu kodeksu cywilnego.

— To też nasza wina, bo do tej pory działaliśmy pojedynczo... Dlatego teraz domagamy się połączenia wszystkich postępowań prowadzonych przez prokuraturę. Wierzymy, że kiedy śledczy zobaczą, iż Koni w każdym przypadku działało dokładnie tak samo, dopatrzą się oszustwa — mówią Mirosław Góreczny i Wojciech Staszyński.

Na razie akta w tej sprawie znajdują się w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie — ta zdecyduje, czy podtrzymać decyzję o umorzeniu śledztwa, czy też zlecić prokuraturze rejonowej jego dalsze prowadzenie.

Jerzy Kowalewski jest przekonany, że decyzja organów ścigania będzie korzystna dla jego spółek.

— Także akt oskarżenia przeciwko prezesowi Koni nie utrzyma się w sądzie. Kapitał założycielski spółki opłacono w terminie, tyle że zaksięgowano to dopiero pod koniec 2002 r., kiedy spółka rozpoczęła działalność —tłumaczy.

Kwestionuje przy tym wszystkie roszczenia firm podwykonawców remontu budynku przy Brackiej. Mówi o zbyt wysokich fakturach w stosunku do rzeczywiście wykonanych prac czy nieprawidłowościach w ich realizacji.

— Kiedy sąd ostatecznie zdecyduje, że powinniśmy coś którejś z tych firm zapłacić, to to zrobimy — zarzeka się.

I dorzuca, że mówi też w imieniu Krzysztofa S., który nie chciał z nami rozmawiać na jakikolwiek temat.

Zdaniem podwykonawców remontu, tak jak Krzysztof S. był człowiekiem-słupem, tak Koni było spółką-słupem. Sprawdziliśmy. Koni nie prowadziło nawet swojej księgowości (robił to za nie Konsmetal) i zatrudniało jedną osobę — prezesa Krzysztofa S., człowieka bez kwalifikacji zawodowych i doświadczenia w prowadzeniu jakichkolwiek inwestycji (według naszych informacji to kolega Jerzego Kowalewskiego ze szkoły).

Udziałowiec

Przyjrzeliśmy się też udziałowcom Koni. Xonix (posiada 99,5 proc. Koni) to spółka założona w 1992 r. Od początku szefem jej rady nadzorczej był Krzysztof Kiwerski, który miał też w spółce mniejszościowe udziały (większościowe należały do DH Arka, której był — i jest — prezesem). Firmie nie wiodło się za dobrze: już w 1996 r. biegły miał zastrzeżenia do realności kontynuowania przez nią działalności. Działalności, której tak naprawdę nie było... Xonix nie wykazywał bowiem żadnych przychodów, a zajmował się jedynie kupowaniem i sprzedawaniem akcji i udziałów innych spółek, kontrolowanych przez Jerzego Kowalewskiego i Krzysztofa Kiwerskiego.

I nie robił na tym kokosów. Nic dziwnego, że spółka notowała straty. W efekcie w momencie powołania Koni (2002 r.) Xonix miał ujemny kapitał własny i kwalifikował się do likwidacji bądź upadłości. Według firmy windykacyjnej, próbującej odzyskać pieniądze na rzecz jednego z wykonawców remontu przy Brackiej, zarząd Xonixu już kilkanaście miesięcy przed powołaniem do życia Koni powinien złożyć w sądzie wniosek o ogłoszenie upadłości spółki (taki obowiązek na władze firm nakłada prawo). Tymczasem Krzysztof Kiwerski od 2001 r. w sprawozdaniach finansowych pisał konsekwentnie, że należy niezwłocznie podjąć „energiczne działania w kierunku przedsięwzięć mających na celu poprawę złej kondycji spółki”. A przyjmujący te sprawozdania jako szef rady nadzorczej jego zięć Jerzy Kowalewski równie nie robił nic.

W Arce

Jeszcze ciekawszy jest drugi z udziałowców Koni — DH Arka (0,5 proc. kapitału). To jedna z najważniejszych z łańcuszka kilkunastu firm mających siedzibę w dawnym Domu Towarowym Bracia Jabłkowscy, a kontrolowanych (poprzez krzyżowe powiązania) przez Jerzego Kowalewskiego. To właśnie DH Arka od 1992 r. wynajmuje budynek przy ul. Brackiej od zarządzającego nim Związku Rzemiosła Polskiego (ZRP), a następnie podnajmuje go innym firmom (teraz największym podnajemcą jest Traffic Club).

DH Arka powstał we wrześniu 1991 r. jako Konsbud-Rzemiosło z kapitałem 500 mln starych złotych. Założycielami byli Związek Rzemiosła Polskiego (40 proc.) i firma Konsbud (60 proc.), której właścicielem i prezesem był Jerzy Kowalewski. Powód powołania spółki wynikał wprost z zapisu w statucie: ZRP miał wydzierżawić jej budynek dawnego Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy. Prezesem DH Arka (taką nazwę spółka przyjęła w czerwcu 1993 r.) został Krzysztof Kiwerski, szefem rady nadzorczej — Jerzy Kowalewski.

Umowa pomiędzy Związkiem Rzemiosła Polskiego a DH Arka jest niekorzystna dla rzemieślników. Przyznaje to wprost obecny prezes ZRP (umowę podpisywał jeden z jego poprzedników). I nie chodzi tylko o to, że ZRP obejmując mniejszościowe udziały, zgodził się na wszechwładzę drugiego wspólnika (dziś, po podwyższeniu kapitału, do ZRP należy jedynie 20,4 proc. głosów na WZA DH Arka).

— Wynegocjowane warunki dzierżawy są niezadowalające. Kilka razy pytałem naszych prawników, czy jesteśmy w stanie wzruszyć tę umowę. Za każdym razem odpowiedź była przecząca. Niestety, muszę kontynuować jej realizację aż do 2024 r. (kolejne aneksy przedłużały bowiem czas jej trwania) — mówi Jerzy Bartnik.

Przyznaje, że ZRP mógłby z tej nieruchomości czerpać znacznie większe korzyści. A jakie ma obecnie? Według naszych informacji od DH Arka do związku rzemieślników miesięcznie wpływa średnio 60 tys. zł. Jerzy Bartnik zapewnia, że czynsz jest wyższy i wynosi około 80 tys. zł, ale zaznacza, że stawki kształtują się różnie (w zależności od zmieniającego się kursu USD). Tak czy inaczej, jest to znacznie poniżej stawek rynkowych. Według specjalistów od rynku nieruchomości z wynajmu budynku przy ul. Brackiej można by osiągnąć nawet do 10 razy więcej! Co ciekawe: Traffic za wynajem, i to nie całego budynku, płaci Konsmetalowi (spółka, która wynajmuje nieruchomość w imieniu DH Arka) 250 tys. zł miesięcznie.

Mimo że DH Arka płaci za czynsz bardzo mało i tak co roku wykazuje straty. Dlaczego? Powód — taki sam, jak w wypadku Xonixu: DH Arka rok w rok traci na inwestycjach w akcje i udziały innych spółek, kontrolowanych przez Jerzego Kowalewskiego. Dla przykładu tylko w 1998 r. na zakupie akcji giełdowej ŁDA Invest DH Arka stracił 600 tys. zł.

Swoje robią też odsetki od kredytów zaciągniętych na te chybione inwestycje. Efekt? Już w 2003 r. DH Arka przestał płacić nawet fiskusowi (w aktach rejestrowych spółki aż się roi od informacji z urzędu skarbowego o zaległościach podatkowych), a na koniec 2003 r. (ostatnie dostępne dane) firma miała ujemny kapitał własny (minus 5,1 mln zł). Co na to ZRP?

— Sytuacja DH Arka rzeczywiście jest nieciekawa ze względu na nietrafione inwestycje w akcje i udziały spółek pana Kowalewskiego. Ale pan Kiwerski jako prezes spółki miał prawo podejmować takie, a nie inne decyzje. Jedyne, co możemy zrobić, to głosować na WZA przeciwko przyjęciu sprawozdań zarządu. I tak robimy, ale nie przynosi to żadnych skutków — przyznaje Jerzy Bartnik.

Czy przy okazji badania nieprawidłowości dotyczących urządzania Traffic Clubu prokuratura zajmie się też innymi nietypowymi zdarzeniami wokół budynku przy ul. Brackiej, w których tle pojawia się Jerzy Kowalewski? Choćby niekorzystną dla ZRP (co przyznaje sam prezes związku) umową z DH Arka? Na razie to pytanie pozostaje bez odpowiedzi…