Tragedia optymistyczna

Jacek Konikowski
28-05-2004, 00:00

Pożar. Determinacja. Solidarna ludzka pomoc. Happy end. Kilka słów, jak słupy milowe, wyznacza zadziwiającą — w polskich warunkach — historię Mebelplastu.

Gabinet Marka Kołakowskiego przypomina nieco biuro inżyniera Karwowskiego na budowie Trasy Łazienkowskiej: wąski — niczym w barakowozie, ze ścianami oblepionymi planami i rysunkami, pokreślonymi różnokolorowymi markerami.

— Nowa fabryka będzie na miarę tego, co robimy. I jak robimy — mówi gospodarz, objaśniając plany zakładu w Olsztynie.

Na jego szyi wisi identyfikator z napisem: „Lubię to, co robię”. Poniżej: „Marek Kołakowski, Prezes Zarządu, Mebelplast”.

Płomienie

Noc z 9 na 10 grudnia 2002 roku. Mróz, ponad 17 stopni. Tuż po godzinie 22 ktoś alarmuje ochotniczą straż pożarną: w fabryce Kołakowskiego coś się kopci. Ktoś — potem się okazało — czyli mieszkaniec wsi, pracownik fabryki od trzech miesięcy. Po kilku minutach przyjeżdża pierwszy samochód. Ale wtedy ogień strzela już w niebo na kilkadziesiąt metrów!

— Kąpałem nasze roczne dziecko, gdy zadzwonił Stanisław Marek, wiceprezes: „W Kieżlinach pali się tapicernia!” — wspomina tamten wieczór Marek Kołakowski. I dodaje:

— Na miejscu byłem już po kilkunastu minutach. Kłęby dymu i ogień. Przerażenie, strach, złość, rozpacz? Wszystko razem? Po chwili obok stali już inni pracownicy. Bezradność trwała tylko chwilę, zaraz potem coś w nas tchnęło niesamowitą energię.

Jarosław Jastrzębski, szef działu informatyki, widząc rozprzestrzenianie się ognia, rzuca: „Ratujmy serwery!”. Ruszają do budynku, wybijając okna. Kołakowski natychmiast żąda od strażaków butli i sprzętu.

— Po krótkiej, burzliwej rozmowie w języku podwórkowej łaciny, wreszcie dali nam, co chcieliśmy łącznie z dwoma strażakami, z których jeden gdzieś nam po drodze zaginął — kontynuuje opowieść Kołakowski.

— Z szalikami na ustach wpadaliśmy do pomieszczeń, chwytaliśmy sprzęt pod pachę i wybiegaliśmy, by zaczerpnąć powietrza, zwymiotować. I znowu do środka... Wszędzie gęsty dym... — Stanisław Marek widzi szczegóły, jakby ta historia działa się wczoraj.

Dym. Strażak forsujący drzwi w pomieszczeniach biurowych dusi się. Brakuje mu tlenu, choć ma przy sobie butle. Grzegorz Romanowski, dyrektor ds. produkcji ratuje mu życie, odkręcając zawór w butli. Udaje się wynieść wszystkie serwery i komputery.

— Hasło pana Jarka Jastrzębskiego stało się jakby wezwaniem do ewakuacji. Po serwerach ruszyliśmy do pomieszczeń księgowości — wspomina Kołakowski.

Strażacy stawiają pierwszą zaporę ogniową. Przez moment wydaje się, że żywioł przygasa. Ktoś się cieszy.

Ale ogień bucha spod dachu tapicerni — błyskawicznie ogarnia szwalnię i biura. Część ludzi rzuca się do magazynu, w którym jest prawie 200 tys. metrów tkaniny obiciowej. Wyrzucają — wprost na śnieg — bele materiału, każda po 40-50 kg.

— Strażacy nie pozwolili nam wjechać do fabryki samochodami, więc wszystko lądowało na śniegu. Widząc, jak woda ze strażackich węży powoli zalewa uratowane przed ogniem rzeczy, nakazałem swoim kierowcom ignorować strażaków i podjeżdżać ciężarówkami po ocalałe przedmioty, choćby po wężach i taranując wozy strażackie nie biorące udziału w akcji... Strażacy lali wodę na nie objęte ogniem pomieszczenia, a my — cali mokrzy — wynosiliśmy z nich dokumenty. Przy trzaskającym mrozie nasze ubrania zmieniły się w lodowe zbroje. Przez okno wszedłem do gabinetu i zacząłem wyrzucać wszystko, co ważne. A potem — z gabinetu dyrektora Marka. Ogień był tuż... Nie było czasu na dyspozycje... Powiedziałem tylko: „Panowie, wywalamy okna i wszystko na dwór — z kadr, z księgowości, co się da...”. Oryginały dokumentów celnych lądowały na śniegu, ale nie zaginął ani jeden! — dziwi się prezes.

— Ludzie pomagali, choć nikt ich nie prosił. Samorzutnie. Brakowało na przykład latarek. Wpada człowiek na pobliską stację benzynową. „Potrzebne latarki!” — krzyczy. „Macie, bierzcie wszystkie!” — właściciel wepchnął mu je łącznie z bateriami. I żadnych pieniędzy nie wziął! Jakiś samochód przywiózł kalosze, inny — suche drelichy. Spedytorzy podstawiali auta, by było gdzie pakować to, co uratowane — dorzuca wiceprezes Marek.

Formują konwój, który rusza do zakładów w Olsztynie. Mija ich radiowóz. Po chwili wzywa kilka innych i wspólnie konwojują kawalkadę do celu podróży. Pomagają, jak mogą.

Nad ranem prezes każe ludziom iść do domów, ogrzać się, przespać i wracać, by wspólnie pomyśleć: co dalej.

Podpalaczem był ten, co pierwszy zauważył pożar — niejaki Tarasewicz vel „Iskierka”. Szef wiejskiej Ochotniczej Straży Pożarnej. Ksywka nieprzypadkowa: lubił ogień. Wyszło w końcu szydło z worka: puścił z dymem niejedną stodołę w okolicy, by ją później w chwale gasić z kolegami. Chciał uchodzić za bohatera.

W fabryce pracował krótko, nie znajdował uznania wśród kolegów. Wpadł na pomysł: podłożę ogień, pobiegnę do remizy, przyjedziemy wozem, ugasimy — no i będę bohaterem. Pewnie plan by się powiódł, gdyby chodziło tylko o stodołę...

Do dziś na drzwiach wejściowych do głównej siedziby Mebelplastu w Olsztynie wisi kartka z niecodziennym napisem: „Szanowni Państwo. W związku z pożarem zakładu w Kieżlinach, zmuszeni zostaliśmy zlikwidować na czas nieokreślony ekspozycje salonu meblowego. Sprzedaż mebli odbywa się na podstawie katalogu. Za utrudnienia przepraszamy”.

Zakład w Kieżlinach spłonął doszczętnie — z dymem poszło 8 tysięcy metrów kwadratowych. W strażackich papierach pozostała notatka, że „pożar ugaszono, bo zabrakło substancji palnej”. Czyli — już nie miało się co palić...

Ogień strawił 14 lat pracy.

Kanapa w kurniku

Rok 1988. Kolega Marka Kołakowskiego robi meble w piwnicy domu jego matki. Kołakowski mu pomaga. Pierwszą kanapę sprzedają znajomym, kilka następnych — również. O meble wtedy równie trudno, jak o materiały do ich produkcji.

Pewnego razu żona rzuca: przestań tylko pomagać, załóż z kumplem firmę. A właściwie — dlaczego nie? Pech. Wspólnik ulatnia się. Ponownie pojawia się dopiero po kwartale. Po raz ostatni zresztą.

Rok później runął mur berliński, a w polskiej gospodarce — monopol eksportu poprzez centrale handlu zagranicznego. Kołakowski, ledwo wiążąc koniec z końcem, zawozi swe wyroby do Poznania — na „proeksportowe targi meblowe” Polskie Meble. Za ostatnie pieniądze wynajmuje najmniejszy moduł w hali numer 8A. Na 16 metrach kwadratowych ustawia dwa komplety mebli, stolik i ekspres do kawy. Więcej nie wejdzie... Czeka.

Pierwszego dnia — nic. I drugiego nic... Trzeciego — zniechęcony — już chce się zwijać, gdy do stoiska wkracza starszy jegomość, elegancko ubrany Niemiec.

Gość jest przedstawicielem małej firmy, handlującej meblami. Daje pierwsze zlecenia, a Bank Spółdzielczy — pierwszy kredyt (na 90 procent w skali roku).

Mając i zamówienia, i pieniądze, Kołakowski wynosi się z piwnicy matki i wydzierżawia lokal. W Ostrzeszowie. Kurnik.

Dobrze idzie. Za pierwszymi niemieckimi zamówieniami podążają kolejne: efekt śnieżnej kuli. W 1991 roku Kołakowski przenosi się do większego zakładu — w Kieżlinach pod Olsztynem. Mała fabryka z czerwonym napisem Mebelplast na dachu rozrasta się z roku na rok. Nie ma dnia, żeby wąską drogą do Kieżlin nie nadjeżdżały wielkie ciężarówki, często na zagranicznych numerach. Odjeżdżają wyładowane po brzegi.

Po 4 latach mała hala znowu staje się za ciasna. Kołakowski kupuje drugi zakład — tym razem budynek starej piekarni PSS Społem w Olsztynie przy Lubelskiej.

Wtedy pojawia się niemiecka firma OTTO. Zamówienia się mnożą. W 1997 roku Kołakowski odkupuje od syndyka upadły zakład spółdzielni Czyn w niedalekim Reszlu. Upadły, bo do cna wyssany przez dotychczasowego dzierżawcę — niemiecką spółkę, producenta mebli.

Zaskoczenie. Choć okolica jałowa w pracę niczym mongolski step, ludzie traktują ją bez euforii. Zarabiają w nowym Reszel Meble po 700-800 złotych — i to im wystarcza. O więcej nie zabiegają.

— Nie bardzo mogłem zrozumieć, dlaczego... Postanowiłem więc pokazać i im, i ich rodzinom, co to jest Reszel Meble i Mebelplast: co i jak się w nich robi. Na zamku w Reszlu zrobiliśmy dla nich festyn, była ekspozycja naszych mebli, zespół muzyczny, kiełbaski — fantastyczna atmosfera! A na zamkowym murze zawisł olbrzymi transparent ze słowami Oskara Wilde’a: „Praca jest źródłem wielkiej przygody”. I coś w nich pękło... Zrozumieli, że praca — właśnie tu, w Reszlu — może być wielką życiową przygodą. Może pojęli też, że nie byłem kolejnym biznesmenem, który chce ich wykorzystać — jak poprzednicy, myślący jedynie o własnym koncie bankowym. Bardziej takim Wokulskim i Judymem w jednym... Zależało mi na ludziach — zastanawia się Kołakowski.

Od 2001 roku jego zakłady pracują w systemie „jeden robi dla drugiego”. W Reszlu powstają korpusy i wędrują do Olsztyna. Tam odbywa się „montaż na biało”, pianka, oklejanie... Potem meble jadą do Kieżlin, gdzie się je wykańcza i składuje w magazynie centralnym. System działa sprawnie do grudnia 2002 roku. A dokładnie — do nocy z 9 na 10 grudnia. Do katastrofy.

Po pożarze

Po pożarze firma stanęła. Nie na długo. 10 grudnia rankiem, gdy już sobie popłakali, a straż jeszcze dogaszała zgliszcza, zaczynają myśleć o przetrwaniu. Czas liczą w godzinach.

— W głowie mieliśmy jedno: jak szybko uda się wznowić produkcję, by zrealizować zamówienia. Grudzień to najlepszy okres niemal dla każdej branży. Nie chcieliśmy stracić kontrahentów, o których z takim trudem zabiegaliśmy, bo to oznaczałoby utratę rynku i biznesowy niebyt — kontynuuje prezes Mebelplastu.

Walka z czasem.

— Spisaliśmy to, co udało się ocalić, by wiedzieć, co da się z tego zrobić. Wynieśliśmy kilka maszyn, trochę surowców, komputerów i wszystkie serwery. No i mieliśmy jeszcze dwa inne zakłady — podlicza Kołakowski.

Każdy wie, co ma robić. Śpią, gdy muszą, po kilka godzin. 12 grudnia, koło 10.30 szefowie firmy organizują krótkie spotkanie z pracownikami, taką odprawę prawdy.

— Trudne i bardzo dramatyczne... Powiedziałem, że nie wiem, czy nam się uda, ale spróbujemy, że nie wiem, czy wszyscy będą mieli pracę, że być może będziemy musieli zrezygnować z części naszych wynagrodzeń, by odtworzyć to, co było. Że będziemy pracowali w gorszych warunkach i na trzy zmiany — mówi Kołakowski.

Na sali — mimo tłumu pracowników — cisza. Nikt nie protestuje. Nikt nie wychodzi.

— Porozdawaliśmy jeszcze paczki świąteczne. Ludzie nie wiedzieli, czy brać... Nikt się nie cieszył — dodaje wiceprezes Marek.

Dwa dni później, 14 grudnia, niecałe 100 godzin po pożarze, rusza produkcja. Po wyrywkowej kontroli jakości ładują pierwszy samochód mebli. Nie, nie — jednak nigdzie nie wyjedzie, meble muszą iść do poprawy. Wielki pośpiech, zmęczenie i dramatyczne wydarzenia dają o sobie znać. Może i podświadome przekonanie, że cel uświęca środki? Po kilku godzinach samochód znów jest pełen i jedzie do klienta.

W świat jedzie też wiadomość, że Mebelplast wraca do gry. Ale losy firmy nadal wiszą na włosku.

— Trzeba się było meldować na wezwania policji i prokuratora, były spotkania z ubezpieczycielem i dostawcami — mówi Kołakowski.

O pożarze w mediach staje się głośno — i to nie tylko polskich. Migawki z pożaru pojawiają się w telewizji niemieckiej, holenderskiej, nawet amerykańskiej. Wielu klientów i dostawców na wieść, że firma poszła z dymem, staje przed dylematem: współpracować czy nie?

— 13 grudnia postawiliśmy serwery i 50 stanowisk komputerowych dla pracowników. Działały! Mimo że z zadymionych i gorących pomieszczeń wynieśliśmy je na mróz. Los nam sprzyjał... No i 16 grudnia, dokładnie tydzień po pożarze, wypuściliśmy 196 tys. euro — płatności dla dostawców tkanin. Dokładnie wtedy, na kiedy były zaplanowane jeszcze przed pożarem. Mimo że wciąż nie wiedzieliśmy, co będzie i czy coś w ogóle jeszcze będzie — opowiada Kołakowski.

Cud w Olsztynie

I pewnie nic by nie było, żadnego Mebelplastu by nie było, gdyby nie cud. Oto Kołakowskiemu pomagają banki, dostawcy, urzędnicy miejscy, nawet izba skarbowa. Tak — w kraju, w którym przedsiębiorca w opałach najczęściej może liczyć tylko na podłożoną nogę, coś takiego można uznać za cud.

— Banki — mimo początkowych wahań — zachowały zimną krew, zwłaszcza BRE i Citibank Handlowy. Ogromna pomoc dostawców, szczególnie krajowych: nie zaprzestali dostaw, a nawet więcej — udzielali nam rabatów czy wręcz anulowali faktury. Marcopol z Gdańska, producent śrub przez miesiąc dostarczał nam towar za darmo. Danlok — obniżył ceny. Bizea Piaseczno, Opakomet z Olsztynka i wiele innych firm pomagało nam jak mogło. To dawało wiarę w partnerów, którzy w tak skrajnie trudnej dla nas sytuacji byli z nami — mówi Kołakowski.

Nie tylko oni.

— Urząd skarbowy przez 2 miesiące zwracał nam podatek VAT w przyśpieszonym trybie, a dyrektor izby skarbowej wycofał sprawę z NSA, odblokowując nam tym samym prawie 700 tys złotych! ZUS zaś odroczył — o 6 miesięcy — spłatę należności — wylicza Bożena Lis, dyrektor finansowy.

— Wiele nie pomogliśmy, ale — na przykład — ułożyliśmy płatności podatku tak, by Mebelplast mógł się z nich jakoś wykaraskać. Dlaczego, dlaczego... Ludziom trzeba pomagać... — mówi Marek Bonczyk, szef olsztyńskiej izby skarbowej.

— I prezydent Olsztyna bardzo nas wspierał. Odstąpił od poboru podatku od nieruchomości, przyspieszył procedury urzędowe. W ogóle — a wobec nas przestało działać pojęcie „biurokracji”. To bardzo nam pomogło, bo szybciej mogliśmy wznowić produkcję — chwali urzędników Kołakowski.

— To, co robił prezes Kołakowski, wzbudziło w nas podziw. To było bohaterstwo — by z taką determinacją walczyć o firmę i ludzi! Zaimponowało mi, że potrafił tak szybko stworzyć atmosferę optymizmu i entuzjazmu. Nie mogliśmy przecież patrzeć z boku. Objąłem osobisty nadzór nad kontaktami z Mebelplastem, decyzje administracyjne zapadały nie w ciągu 1-2 miesięcy, ale — nierzadko — z dnia na dzień — mówi Czesław Jerzy Małkowski, prezydent Olsztyna.

— Pomagali nam różni przedsiębiorcy... Na przykład restauracja Przystań Jacka Kicermana przez miesiąc żywiła nas za darmo — prezes Kołakowski dotąd jest wdzięczny.

Solidarna pomoc niemal wszystkich pozwoliła firmie złapać oddech, a ludzi podnosiła na duchu. Kibicował im cały Olsztyn. Nie było chyba w mieście nikogo, kto by im źle życzył.

Takich, co nie pomogli, było niewielu. Głównie „warszawka”... Kilku wysokich urzędników państwowych udawało, że coś robi dla własnego publicity. Warta, choć pierwszą transzę odszkodowania wypłaciła bardzo szybko, z resztą zwlekała. Ustawowe 30 dni zamieniło się w 9 miesięcy...

— A od odszkodowania musieliśmy jeszcze zapłacić podatek dochodowy — dorzuca Kołakowski.

Ustawodawca nie przewidział widać takich okoliczności...

Straty sięgnęły prawie 8 mln złotych. Warta, według zawartej ugody, wypłaciła niespełna 5 mln. Wystarczyło na odbudowę. Mebelplast powstał jak feniks. Z popiołów. Całkiem dosłownie.

Targi

Kołakowski koniecznie chciał udowodnić kooperantom Mebelplastu i niedowiarkom, że — mimo tragedii — firma stanęła na nogi, że jest silna i stabilna.

W 5 miesięcy po pożarze Mebelplast już w nowym wcieleniu pokazuje się na targach w Poznaniu. Ich stoisko różni się od innych. W hali 5A powstała — nietypowa ekspozycja. Dla jednych niezrozumiała, dla innych — szokująca, dla jeszcze innych — wzruszająca. Oto — na tle wielkich fotografii pożaru i wśród fragmentów pogorzeliska z Kieżlina — stają czerwone jak ogień skórzane kanapy.

— Chcieliśmy pokazać grozę pożaru, a zarazem stworzyć symbol tego, że można się odrodzić — mówi Aleksandra Kozdrońska, asystentka prezesa ds. public relations.

— Te targi były hołdem i podziękowaniem dla pracowników i tych, którzy nas wsparli w ciężkich chwilach. Bo dzięki nim stanęliśmy na nogi. Dziękuję wam raz jeszcze... Nigdy nie zapomnę, co dla mnie zrobiliście — dodaje łamiącym się głosem prezes Kołakowski.

Teraz

Mebelplast obronił pozycję na rynku. Na tegorocznych targach w Poznaniu kontrahenci firmy nie mogli uwierzyć, że ma tak bogatą ofertę. Na 2500 tysiącach metrów (w hali 8A — nomen omen, 14 lat wcześniej Kołakowski zaczynał karierę na 16 metrach właśnie w hali o tym samym numerze) firma pokazała wszystko, co ma. Zaszokowała tym i konkurencję, i zwykłych gapiów. Tych ostatnich — nietypową scenografią. Tym razem optymistyczną.

Wielkie fotosy uśmiechniętych pracowników — i dwa hasła: „Lubię to, co robię” i „Robimy, co nam się podoba”. I pokaz mody przygotowany wraz z Grażyną Hase.

Piękne modelki przechadzały się wśród mebli Mebelplastu w kreacjach z tkanin obiciowych.

— Miesiąc przed targami zmieniliśmy logo. W pierwszej wersji miał byc napis Mebelplast z kreską u góry. Barbara Doroszko, szefowa działu kadr zapytała mnie: dlaczego Mebelplast jest pod kreską? No właśnie, pomyślałam: dlaczego — i to pod czerwoną? Przecież to nieprawda! No i dodaliśmy drugą, u dołu — kończy Aleksandra Kozdrońska.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Tragedia optymistyczna