Transgraniczny dramat kresów

Jacek Zalewski
opublikowano: 2010-08-11 00:00

Południowo-zachodnie kresy Rzeczypospolitej, czyli worek turoszowski, przez kilkadziesiąt lat ożywały głównie przy okazji bicia kolejnych rekordów przez elektrownię Turów. Ale w ostatnim czasie styk trzech granic dwukrotnie miał swoje minuty chwały, symbolizując epokowe przemiany i goszcząc premierów Polski, Niemiec i Czech. 1 maja 2004 r. Leszek Miller i jego koledzy właśnie tam, z dala od stolic, świętowali rozszerzenie Unii Europejskiej. 21 grudnia 2007 r. zaś Donald Tusk z innym zestawem partnerów oraz tłumem gości z Brukseli także tam piłowali szlabany graniczne, gdy wchodziliśmy do strefy Schengen.

Niestety, ten transgraniczny wymiar kresów zyskał zupełnie inny kontekst w miniony dramatyczny weekend. Krótkotrwała powódź, taka akurat na miarę worka turoszowskiego, okazała się wyjątkowo niszcząca. A dodatkowa złośliwość natury polegała na tym, że woda burzyła się w jednym państwie, najmocniej zaś uderzała już w innym. Właśnie tak wezbrał potok Miedzianka niszczący Bogatynię. Jeszcze bardziej unijny wymiar ma rzeczka Witka, płynąca głównie przez Czechy. Na finiszowym odcinku polskim zerwała tamę zbiornika elektrowni Turów, a potem tak zasiliła Nysę Łużycką, że zalane zostało nisko położone, zaskoczone niemieckie Görlitz.

Dramatyczne wydarzenia natychmiast zaowocowały wzajemnymi pretensjami sąsiadów, że nie ostrzegali. Ostre zgrzyty na szczęście zostały trochę załagodzone współpracą już po uderzeniu żywiołu, bo bez wykorzystania dróg niemieckich i czeskich nasze energetyczne kresy całkiem by przepadły…