Abonament, czyli pieniądze na misję, oraz otwartość na powyborcze wyzwania — to priorytety Jana Kidawy- -Błońskiego, szefa rady nadzorczej publicznego radia.
„Puls Biznesu”: Ma pan pomysł na Polskie Radio? Będą zmiany?
Jan Kidawa-Błoński, przewodniczący rady nadzorczej Polskiego Radia: W spółce akcyjnej rola rady jest ściśle określona przez kodeks spółek handlowych. Pobożne życzenia członków rady i przewodniczącego muszą być dopasowane do tego, na co pozwala prawo. Z jednej strony spółka musi osiągać zyski, zaś rada nadzorcza troszczyć się o to, by ten zysk był jak najwyższy. Z drugiej strony Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji (KRRiT) oraz oczekiwania obywateli nakładają na media publiczne obowiązek wypełniania misji. Tyle że realizacja misji nie musi przekładać się na wymóg rentowności! Dlatego warto zastanowić się, czy forma spółki akcyjnej to idealne rozwiązanie dla mediów publicznych. Co więcej, gdy mówimy o misji, powinniśmy mówić o programie, a rada nadzorcza nie wtrąca się do programu... Nie mamy takich uprawnień.
Chce pan powiedzieć: ja nic nie mogę?
Ja tylko nakreśliłem sytuację...
To może inaczej — czy pan czuje realną władzę? Wpływ na radio?
W sprawach ekonomicznych, zatwierdzaniu planów, opiniowaniu polityki zarządu — rada nadzorcza ma wiele do powiedzenia. Natomiast nie ingerujemy w kształt poszczególnych programów — to rola zarządu. W moim odczuciu poczucie realnej władzy to przede wszystkim troska o prawidłowe funkcjonowanie spółki. Problemem są wpływy z abonamentu. Sytuacja nie jest wesoła, mimo uchwalenia, tzw. ustawy abonamentowej nastąpił gwałtowny spadek ściągalności abonamentu, ktory zagraża funkcjonowaniu radia. Rada nadzorcza musi coś z tym fantem zrobić.
Dla telewizji publicznej podstawą są wpływy z reklam...
TVP utrzymuje się z abonamentu w 30 procentach, 70 procent to są wpływy z reklam. W radiu zaś mamy 20 procent wpływów z reklam i 80 procent z abonamentu. Każdy uszczerbek w dochodach z abonamentu wpływa na kondycję firmy i rada musi jakoś reagować.
Nie macie zbyt komfortowej proporcji wpływów...
Nie mamy i sądzę, że nie chcemy mieć! To jest sprawa filozofii, podejścia do tego, jak ma działać i funkcjonować instytucja, na której spoczywa obowiązek wypełniania misji. Potencjalne zwiększenie wpływów z reklam nie odbywa się samo z siebie. Wymaga istotnej zmiany programu. Program radiowy musiałby być bardziej drapieżny i bardziej zbliżony do tego, co proponują rozgłośnie komercyjne. Nie możemy i nie chcemy iść tą drogą. To świadomy wybór. Godzimy się na mniejsze wpływy z reklam, by nasz program mógł być taki, jaki jest w tej chwili.
A jest dobry?
Mogę oceniać tylko prywatnie, jako Kidawa-Błoński...
Niezupełnie! Rada odpowiada za kondycję ekonomiczną, a o tej decyduje przede wszystkim program...
Zgoda, ale są też istotne uwarunkowania...
To, co gości w tej chwili na antenach Polskiego Radia, wynika z tradycji. Radio istnieje 80 lat, miało swoje początki, przez lata osiągnęło pewne standardy — Programu Pierwszego, skierowanego do bardzo szerokiej publiczności, być może obecnie już lekko starzejącej się, szukającej tej właśnie zawartości programowej. Program Trzeci to też program z tradycją. Kiedyś bardzo nowoczesny, wręcz młodzieżowo- -awangardowy. Teraz w nieco zmienionej szacie. I są pozostałe programy, które mają niższą słuchalność, skierowane do wybranych grup — koneserów muzyki poważnej, do osób, które się interesują nauką, kulturą, edukacją. Staramy się dawać w radiu publicznym to, czego nie dają rozgłośnie prywatne.
Czyli państwo nie ścigacie się z komercyjnymi stacjami ani pod względem reklam, ani programu?
Osiąganie zysku nie jest naszym głównym celem. Jeżeli dany rok jest lepszy, to staramy się podnieść jakość programu.
TVP jakoś godzi misję z całkiem pokaźnymi dochodami...
TVP zawsze sporo zarabiała, zdecydowała się na model bardziej komercyjny niż publiczne radio. Trzeba też pamiętać, że to ciastko reklamowe na rynku radiowym nigdy nie było tak wielkie jak na rynku telewizyjnym. Radio publiczne nigdy też nie prowadziło polityki, by zjeść dużą część tego ciastka.
Wracając do abonamentu. Ma pan pomysł, co z tym zrobić?
Ściągalność abonamentu jest w tej chwili na poziomie 36 proc. Czyli jest jeszcze 64 proc. populacji, która powinna płacić abonament i tego nie robi — z różnych przyczyn. W tej chwili do pobierania abonamentu upoważniona jest Poczta Polska. Ma za to przyzwoitą prowizję, 6 proc. Poczta dysponuje niezbędną bazą danych, ale nie robi zbyt wiele, by poprawić ściągalność. Być może wystarczyłoby rozesłać odpowiednie informacje o konieczności wnoszenia opłat abonamentowych. Ludzie pomyśleliby: może przyjdą, sprawdzą? Ale Poczcie na tym nie zależy.
Listonosze nie są policjantami...
I tak powinno zostać, ale system ma sens wtedy, kiedy działa... Można pomyśleć o urzędach skarbowych, jak rozwiązano to w innych krajach.
Chce pan, żeby się radio ze skarbówką kojarzyło?
Stawką są systemowe rozwiązania, w których cały skomplikowany mechanizm ma działać skutecznie. Skoro rząd, parlament uznają, że media publiczne są potrzebne i mają być finansowane z abonamentu, to trzeba ten abonament skutecznie ściągnąć. Tak nakazuje pragmatyzm. W przeciwnym razie można przecież powiedzieć — nie ma potrzeby, by w Polsce istniały media publiczne. Albo inaczej — niech się utrzymują z rynku. Wtedy będą jasne reguły. Media publiczne staną do konkurencji rynkowej, zmierzą się z prywatnymi i — prawdopodobnie — przegrają. Albo się zmodyfikują i wygrają, ale wtedy to już będą zupełnie inne media.
OK, dalej szukajmy pieniędzy. Co z legendarnymi przerostami zatrudnienia? W radiu publicznym kilka osób wykonuję tę samą pracę, co w radiach komercyjnych jedna osoba. To też jest model funkcjonowania Polskiego Radia, który chcecie zostawić w spokoju?
Jeżeli powie pan o legendarnych przerostach zatrudnienia w Polskim Radiu pracownikom rozgłośni komercyjnych — to oni przyklasną. Ale proszę powiedzieć osobom pracującym w mediach publicznych, że są legendarnie przerośnięci...
A pana zdanie?
Radio publiczne to instytucja, która istnieje od 80 lat i wypracowała sobie pewne sposoby funkcjonowania, związała się z pewną grupą ludzi, pracowników, twórców. Na dobre i na złe. Myślenie o odchudzeniu zatrudnienia w radiu, o jakichś bardziej radykalnych ruchach w tym kierunku, musi być rozłożone na dłuższy czas. Specyfika pracy w radiu publicznym jest inna niż w mediach komercyjnych. My realizujemy wiele zadań związanych z wypełnianiem misji, a to często wymaga większej obsady. Radio publiczne zawsze było instytucją, która jest przyjaźnie nastawiona do ludzi. Prywatny pracodawca bywa bezwzględny, jest w stanie bardzo szybko zwalniać ludzi, zostawiając tylko tę część, która jest niezbędna do wykonania określonej pracy. Tam, gdzie właścicielem jest państwo, stosunek do spraw ludzkich, zatrudnienia jest bardziej złożony. Jest wynikiem bardziej humanitarnego spojrzenia. To są spostrzeżenia, z których można się dzisiaj śmiać, ale mówimy o ludziach, którzy od dawna pracują w tej instytucji, związali się z nią i oddali jej serce...
Najpierw mówi pan: potrzebujemy więcej pieniędzy, by w chwilę później opowiadać o humanitarnym postępowaniu wobec zbyt licznych pracowników?
Tu nie ma sprzeczności. Podkreślam tylko, że musimy działać rozważnie. Pewne zmiany są niezbędne, z roku na rok staramy się ograniczać koszty wytwarzania programu. Rok temu, w styczniu, Polskie Radio wprowadziło system producencki. Jeszcze za wcześnie, by oceniać, jak on działa. Ale idea jest prosta: anteny ustalają zapotrzebowanie na programy, zaś produkują je zespoły dobierające się pod kątem wykonania danego projektu. Istotą jest konkurencja. Zamawiający wybiera bowiem najlepszą z rywalizujących ofert, a co za tym idzie, zespół, który ją produkuje. Chodzi więc o to, by w przyszłości ograniczyć do niezbędnego minimum liczbę osób zatrudnionych na stałe. Można bowiem wyobrazić sobie sytuację, że pewne zespoły będą pracowały więcej i częściej, bo ich oferty będą lepsze od pozostałych. Nie tak łatwo to zrobić od razu. Na razie działa system producencki, ale wszyscy, którzy w nim uczestniczą, są na etacie w radiu... To jeszcze trochę dopasowywanie rzeczywistości do teoretycznego modelu, ale idziemy w dobrym kierunku. Nie kreujemy nowych etatów, lecz docelowo tworzymy strukturę, w której na stałe będzie można zatrudniać znacznie mniej osób. Na razie audycje są zamawiane wyłącznie wewnątrz radia, ale w przyszłości będzie tak, jak robi TVP. Będzie można zamawiać programy zewnętrzne, robić konkursy, przetargi.
Ale nie istnieją firmy prywatne, które by produkowały programy radiowe. Gdybym założył taką firmę i zrobił dobrą audycję, to radio ją kupi?
W tym roku jeszcze nie i nie wiem, czy w następnym. Ale kto wie, może w niedalekiej przyszłości. Zależy to w dużej mierze od tego, jak sprawdzi się system producencki po pierwszym roku funkcjonowania. Warto podkreślić, że mamy pewną liczbę pracowników, którzy niedługo osiągają wiek emerytalny. Takich ludzi się nie zwalnia, nie zabiera się im chleba. Oni odejdą ewolucyjnie, wtedy radio otworzy się na zewnątrz. Ale to jest proces długofalowy i na razie nie jestem w stanie naszkicować żadnych horyzontów czasowych.
Mówi pan o procesach zakrojonych na lata, tymczasem wypowiedzi polityków zwycięskiej partii nie zapowiadają spokoju dla radia. Powtarza się motyw, że publiczne media są lewicowe i to trzeba odkręcić... Czy zmiana sytuacji politycznej w kraju będzie miała wpływ na program Polskiego Radia?
Nie znam tych wypowiedzi. Mniemam, że dotyczyły kampanii wyborczej?
Nie tylko. Słychać głosy radykalnych polityków PiS, że Sygnały Dnia zdominowane były przez ludzi lewicy...
Jako rada nadzorcza stoimy na straży pluralizmu i przyglądamy się, czy na antenach jest zachowana proporcja, zwłaszcza w takich okresach jak kampania wyborcza. Jestem przekonany, że w radiu publicznym tak właśnie było.
Inaczej: czy spodziewa się pan jakichś zmian, nacisków?
Kadencja rady nadzorczej upływa w czerwcu. Nie obawiam się jakiegoś nacisku na radę w okresie tak krótkim. Jeśli pojawią się konkretne zarzuty, poproszę o bardzo precyzyjne zanalizowanie wszystkich programów wyborczych Polskiego Radia. Jeżeli była jakaś nierównowaga, z pewnością na to zareagujemy.
Nasze pytanie dotyczyło radia jako instytucji. Media publiczne są bardzo wrażliwe na zmiany władzy. Czy nowa rzeczywistość może oznaczać zmianę profilu albo kadry kierowniczej Polskiego Radia?
Z jednej strony media publiczne są zależne od właściciela, czyli ministerstwa skarbu, z drugiej —od Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która powołuje rady nadzorcze. Członkowie rady nadzorczej są nieodwoływalni. Nie mogę snuć dywagacji, czy można zmienić coś, co jest niezmienialne...
Nie odbieramy również nacisków na radę, ale w tak dynamicznej politycznie rzeczywistości, w której przyszło nam funkcjonować, wszystko jest możliwe... Myślę jednak, że trzeba pozwolić mediom publicznym spokojnie funkcjonować — szerzyć wartości, propagować postawy obywatelskie.
Jak pan mówi „wartości”, od razu mi się dopowiada „chrześcijańskie”...
Nasze korzenie są chrześcijańskie. Temu nie da się zaprzeczyć! Tymczasem dziś brakuje nam wartości... Być może na ich straży bardziej zdecydowanie niż dotychczas powinny stać media publiczne. Ale to już pozostawmy decyzji rządu i parlamentu. Jeżeli właściciel postawi przed nami nowe wyzwania — na pewno je podejmiemy.
Czy teraz, po wyborach, na antenie Polskiego Radia pojawią się nowi dziennikarze, nowe audycje?
To zarząd decyduje, angażuje nowych dziennikarzy. Będziemy się temu przyglądali, w razie rażących sytuacji — zareagujemy.
A nowi szefowie? W Polsce wymiana władzy z reguły oznacza zmiany na kierowniczych stanowiskach w mediach publicznych...
Sprawy personalne leżą całkowicie w gestii zarządu Polskiego Radia. My pracę osób na kierowniczym stanowisku oceniamy po wynikach finansowych, które wynikają z ich działalności — dobrej lub złej. Jeżeli pojawiłby się ktoś, kto narazi radio na straty, zapytamy zarząd, dlaczego najpierw wybrał, a później nie powstrzymał szaleńca... Ale to wszystko teoretyczne dywagacje.
Czyli nie widzi pan ludzi na walizkach ani paniki na korytarzach?
Nie i nie sądzę, by coś takiego miało się wydarzyć.
Kontakty z radiem publicznym miewają posmak „czegoś z myszką”. Choćby strażnik zamiast recepcji, groźnie łypiący na gości... Nie ma pan wrażenia, że Polskie Radio tkwi gdzieś w zamierzchłej przeszłości?
Strażnicy odpowiadają za bezpieczeństwo obiektu i mają swoje regulaminy. Może to powinny być kobiety...
Ładne blondynki?
Obiecuje, że się tym zajmę! Nie żartuję. To jest ważny problem wizerunkowy.
Strażnik to tylko zabawny przykład. Ale jak to jest z tym radiem? Ono jest nowoczesne czy jeszcze tkwi troszkę w minionej epoce?
Rozumiem, że nie piją państwo do techniki, bo radio cyfryzuje się bardzo szybko i za chwilę będziemy na tym samym albo wyższym poziomie co konkurenci. Rozumiem, że chodzi o ludzi?
O strukturę, obyczaje, tempo pracy...
Na pewno w radiostacji prywatnej jest znacznie więcej młodych ludzi. Widzi się młodych, oni nadają ton. W radiu publicznym spotyka się więcej ludzi starszych. To jest ta zauważalna różnica. Ja nie chcę oceniać polityki kadrowej. Merytorycznie ludzie starsi nie muszą być gorsi od młodych. Często są lepiej przygotowani, na pewno mają więcej doświadczenia. Mówią po polsku! Są potrzebni w tej instytucji...
Andrzej D. przestał być potrzebny?
To przykra historia. Niedobrze się stało, że media tak niefortunnie to przedstawiły: przewodniczący rady nadzorczej Polskiego Radia w areszcie. Nie trafił do więzienia za to, że był przewodniczącym, ani za to, co robił w radzie. Atmosfera wokół sprawy była krzywdząca dla radia.
Wpłynęło to na pracę rady?
Na klimat... No i trzeba było wybrać nowego przewodniczącego. Stąd moja tu obecność.
Chciałby pan kontynuować misję?
Jestem z zewnątrz, przyszedłem do radia jako człowiek kina. Ale powiem szczerze, że zaczynam to lubić. Jest w radiu coś takiego, co zaczyna mnie strasznie ciągnąć... To mi się po prostu podoba!