Zdrożeją polisy albo pogorszy się ich jakość i zmaleje bezpieczeństwo klientów
Skończmy wyścig o składkę, zacznijmy liczyć, bo polegniemy — wzywa rywali prezes Ergo Hestii.
Bez konferencji prasowych i rozmów z zarządem, lecz skromnym komunikatem — tak większość towarzystw ubezpieczeniowych informuje o wynikach po pierwszym półroczu. Nic dziwnego, nie mają się czym chwalić. W segmencie majątkowym niemal wszystkie raportują wyniki gorsze niż przed rokiem, a czołowi gracze liczą straty: Allianz 78 mln zł, Warta 52,8 mln zł, Ergo Hestia 32,3 mln zł. W pierwszym kwartale wynik techniczny branży (wynik z działalności ubezpieczeniowej) wyniósł -336,9 mln zł. W tym samym okresie ubiegłego roku było 223,5 mln zł na plusie.
— Ostatnio kilkakrotnie przeczytałem o ubezpieczycielach: krwiopijcy. Krew płynie, owszem, ale od dłuższego czasu w przeciwnym kierunku — to ubezpieczyciele się wykrwawiają. Na rynku nastąpiły bardzo niekorzystne zmiany. Branża używa anomalii pogodowych, jako argumentu tłumaczącego straty, ponieważ tak w istocie jest. Jednak poważnym problemem są ubezpieczenia komunikacyjne. — mówi Piotr Śliwicki, prezes grupy Ergo Hestia.
Ucierpią klienci
Na początku ubytek krwi nie bolał. Gdy zaczął, pojawiła się kroplówka od właścicieli. Ale pacjent w coraz gorszej formie.
— Jeśli firmy będą się dalej wykrwawiały, to bezpieczeństwo wszystkich stron —w tym przede wszystkim klientów — będzie zagrożone. Rynek już wstrzymał oddech i zmniejsza skłonność do modernizacji. Na razie firmy nie oszczędzają kosztem klientów, ale już wkrótce odbije się to na jakości. Wstrzymywane są inwestycje m.in. w IT, ogranicza się uproszczoną likwidację szkód, a wprowadza bardziej restrykcyjne procedury, każdą szkodę towarzystwa chcą dokładnie oglądać. Już widać próby oszczędzania np. oferowanie produktów, które dają ograniczoną ochronę. Następnie będą się pojawiały dalsze wyłączenia w odpowiedzialności, aż dojdziemy do fikcyjnej ochrony za śmieszną składkę, pogorszy się jakość obsługi klienta — wylicza Piotr Śliwicki.
Nie wystarcza kasy
Jeśli ubiegły rok był dla branży ciężki, to ten będzie katastrofą. Po pierwszym kwartale rynek znalazł się pod wodą, a strata techniczna jest większa niż w całym 2009 r.
— Problemem są zaniżone taryfy. Przez cały 2009 r. ceny w AC były rozmiękczane. Średnia składka zmalała o 12 proc., a częstość szkód wzrosła o 12 proc. W OC średnia składka pozostała bez większych zmian, ale o 7 proc. wzrosła częstość szkód, a jej średnia wartość podniosła się o 7 proc. Rachunek się rozpadł. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: w dużym stopniu sami na siebie ściągnęliśmy problemy — mówi Piotr Śliwicki.
Problem narastał przez lata. W 2008 r. na ubezpieczeniach komunikacyjnych branża straciła 266 mln zł, ale AC pozwalało jeszcze zarobić. W 2009 r. strata urosła do ponad 1 mld zł i nawet AC było nierentowne. Tylko w czwartym kwartale 2009 r. strata z polis komunikacyjnych wyniosła 509 mln zł.
— Rynek się ześlizguje coraz szybciej. Pierwszy kwartał pokazał, że ta tendencja się utrzymuje — komentuje Piotr Śliwicki.
Ubezpieczyciele za mało zbierają czy za dużo wydają?
— Koszty przeciętnej polskiej firmy ubezpieczeniowej wynoszą około 31 proc. składki. W odniesieniu do innych krajów nie są zawyżone. Pula pieniędzy, która zostaje — fundusz ubezpieczonych — przestaje wystarczać na pokrycie odszkodowań. Strata oznacza, że firmy ubezpieczeniowe dokładają. I to nie z innych linii biznesu, ale z własnych pieniędzy. Konkurencja cenowa doprowadziła do dysharmonii. Nasuwa się pytanie, jak długo firmy będą w stanie finansować klientów? Średnia składka pobierana w ubezpieczeniach komunikacyjnych w Polsce jest jedną z najniższych w Europie. Poziom średniej szkody jest w Czechach czy na Słowacji o 40 proc. niższy niż w Polsce, a wysokość składki o niemal 40 proc. wyższa — mówi Piotr Śliwicki.
Dlaczego wojna cenowa jest tak krwawa? Zdaniem Piotra Śliwickiego, to skutek wyścigu o składkę bez patrzenia na wynik.
— My też w tym uczestniczyliśmy: budując pozycję godziliśmy się na kompromisy. Pod koniec 2009 r. zaczęliśmy wprowadzać stopniowe podwyżki — siedem razy podnieśliśmy taryfy, w sumie o 10 proc. Jesteśmy zdecydowani iść tą drogą, obniżyć dynamikę sprzedaży na rzecz wyniku technicznego. Jesteśmy zdeterminowani uzdrowić biznes w segmencie indywidualnym. Wśród innych towarzystw dostrzegam podobną refleksję, choć jeszcze czasem brak odwagi. Wierzę, że w drugiej połowie roku będzie widać zmianę podejścia rynku do cen w polisach komunikacyjnych — mówi Piotr Śliwicki.
Presja dilerów
Ale nie tylko zbyt tanie polisy kłują towarzystwa. Uchwalono nieograniczone zadośćuczynienie, co sprawia, że pojawiło się ryzyko przyznawania przez sądy poszkodowanym gigantycznych pieniędzy. Swoje robią też szybko rozpychające się kancelarie odszkodowawcze. Znacząco wzrosła też przestępczość ubezpieczeniowa. Rynek psują też dilerzy samochodowi.
— Dawniej dilerzy z warsztatami zarabiali na sprzedaży samochodów. Dziś ten rynek spowolnił, a jednocześnie następuje znaczne podwyższenie częstości szkód w segmencie pakietów dilerskich. Pojawiły się duże rachunki dilerskie, gdzie częstość w autocasco (szkoda/sprzedane auto) sięgnęła 117 proc. przy średniej dla polskiego rynku na poziomie 16 proc. Dilerzy stanowią na polskim rynku silną grupę interesów. Mechanizm uzależniający stawkę od szkodowości jest wszechobecny w ubezpieczeniach Kowalskich. Ale dilerzy zgromadzeni wokół poszczególnych marek samochodów negocjują sobie z ubezpieczycielami, to już jest tradycyjne, umowy generalne i wykluczają głęboką segmentację klientów według szkodowości. Nie ukrywam, że współpraca na takich warunkach będzie się kończyć — zapowiada Piotr Śliwicki.
Ergo Hestia w pierwszym półroczu zebrała 1,16 mld zł, o 80 mln zł więcej niż przed rokiem. W drugim kwartale udało się zmniejszyć stratę z 49,7 mln do 32,3 mln zł. Niestety, wynik techniczny spadł z -77,6 do 89,6 mln zł.
— Zdecydowani jesteśmy na to, by poprawiać rentowność, nawet jeśli nasza dynamika sprzedaży się zmniejszy. Wolniej sprzedawać, ale bardziej rentownie. Na efekt takich podwyżek w ubezpieczeniach czeka się rok — mówi Piotr Śliwicki.
Należące do grupy MTU zebrało w pierwszym półroczu 252 mln zł (+21 proc.) i miało blisko 7 mln zł zysku netto, a życiowa Hestia zebrała 386 mln zł, ponad dwa razy więcej niż rok temu, a zarobiła trzy razy więcej —15,3 mln zł.
Podwyżka jest konieczna
okiem konkurenta
Franz Fuchs, prezes Compensa, Vienna Insurance Group Polska
Sytuacja na rynku pod względem osiąganych przez ubezpieczycieli wyników jest rzeczywiście bardzo zła. Główną przyczyną jest zbyt niski poziom cen w ubezpieczeniach komunikacyjnych, co powtarzam od przynajmniej czterech-pięciu lat. O tym, że wysokość stawek na polskim rynku — szczególnie w OC — jest mocno zaniżona, świadczy porównanie z innymi krajami Europy, gdzie ceny są dwa-trzy razy wyższe. Z kolei w Casco problem leży w zwiększonej częstości szkód oraz w samej konstrukcji produktu, która funkcjonuje na naszym rynku — uzależnienia wysokości stawek od wartości rynkowej pojazdu — podczas kiedy wartość pojazdu wraz z jego wiekiem drastycznie spada i spada koszt jego ubezpieczenia AC, to koszt naprawy powypadkowej takiego auta pozostaje cały czas na tym samym poziomie, a nawet rośnie. Na fatalną sytuację w "komunikacji", w tym roku dodatkowo nałożyła się wyjątkowo duża liczba szkód majątkowych spowodowanych powodziami, huraganami i deszczami. Negatywne skutki tych zjawisk już teraz są bardzo widoczne w wynikach technicznych towarzystw, ale trzeba pamiętać, że szkody te przełożą się również na wyniki w kolejnych latach poprzez wzrost kosztów reasekuracji tych ryzyk. Nie ma co marzyć o tym, że skutki wyższych szkód da się pokryć oszczędnościami w wydatkach administracyjnych. Na kosztach można zaoszczędzić 1-2 proc., podczas kiedy częstość występowania szkód rośnie o 7-8 proc. Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest wzrost cen. To jest absolutnie konieczne.