Przypominamy aferę wiążącą się z wykorzystywaniem przez Polskę środków finansowych przyznanych jej przez Unię Europejską w ramach tzw. pomocy przedakcesyjnej. Była to sprawa bardzo głośna dwa miesiące temu. Później, jak to bywa z jednodniowymi sensacjami, ucichła. Co nie znaczy, że przestała istnieć.
Rządowe materiały, w które uzyskaliśmy wgląd, przypominają stary rosyjski dowcip o cielesnym obcowaniu z tygrysem: i śmiesznie, i strasznie. Śmiesznie, bo zastosowana klasyfikacja dzieląca projekty inwestycyjne na zagrożone, szczególnie zagrożone i utracone trąci czarnym humorem. Strasznie, bo to prawda, a pieniądze, które już przeszły Polsce koło nosa („utracone“) albo przejdą lada chwila („szczególnie zagrożone“) liczą się w setkach milionów EUR.
Wprawdzie definitywnie utracone środki nie przekraczają 1 procenta ogółu dotychczas otrzymanych przez Polskę przedakcesyjnych środków pomocowych, ale warto zastanowić się, czy jest to tylko czy aż 1 procent. Patrząc z perspektywy małych firm gdzieś w Polsce powiatowej, które mogły wybudować kawałek drogi, zatrudnić do tego parę osób, zamówić trochę cementu — słowem podkręcić lokalną koniunkturę — ten jeden procent to bardzo dużo. Istotą wychodzenia z kryzysu jest bowiem 10 tys. małych inwestycji, a nie 10 wielkich.
Ale o dziwo, ten 1 procent jest ważny także w skali makro. Nieumiejętność wykorzystania niewielkich — relatywnie — pieniędzy rodzi bowiem pytanie o zdolność przerobienia większych. Na podstawie zdolności absorpcyjnej, jak się to urzędowo określa, milionów — na początek dziesiątek, później setek — ocenia się zdolność do absorbowania miliardów. Wydajność absorpcyjna Polski może rzutować na wynik negocjacji, a także na decyzje co do jej udziału w budżecie unijnym. Nie powinno więc dziwić, że w pierwszych przymiarkach Unia okazała się bardziej skąpa, niż oczekiwano.