Unio, jesteśmy do usług

Andrzej Nierychło
opublikowano: 2005-03-21 00:00

Gdy w 2000 roku szefowie piętnastu państw „starej Unii” uchwalili w Lizbonie fundamentalny dokument programowy, nie tylko eurosceptycy wyrażali obawy co do jego realności. Strategii lizbońskiej zarzucano nadmiar słusznych celów i nadmiernie wyśrubowany terminarz ich osiągnięcia, za symbol nadmiernych oczekiwań uznawany był postulat dogonienia i prześcignięcia Stanów Zjednoczonych pod względem wskaźników rozwojowych już w 2010 r. Szybko okazało się, że krytycy strategii mają wiele racji. Po pięciu latach, już w gronie 25 państw członkowskich UE, stało się oczywiste, że opóźnienia w wypełnianiu wskazań strategii lizbońskiej nie pozwalają już dłużej udawać, iż wszystko będzie wspaniale. Powołano komisję, z udziałem reprezentantów nowych członków UE, która dokonała przeglądu sytuacji i miała zaproponować wnioski.

Komisja ta dobrze wywiązała się z zadania. Obecna wersja strategii koncentruje się najważniejszych kwestiach, wymienia raczej kierunki pożądanego rozwoju, a nie terminy zrealizowania zadań. Nie ma też już mowy o cywilizacyjnym wyścigu z kimkolwiek. Taki kształt strategii Unii Europejskiej (nazywanie jej „lizbońską” nie jest już chyba potrzebne) przenosi ciężar dyskusji na sposoby dochodzenia do celów. To zaś nadaje jej od dawna wyczekiwany praktyczny aspekt, gdyż sposoby dochodzenia do celów strategicznych to w dużej mierze rozwiązywanie bieżących problemów.

Potwierdziło się to w piątek w Warszawie, gdy 400 przedstawicieli polskiego biznesu miało możliwość poznania stanowiska Jose Manuela Barroso, przewodniczącego Komisji Europejskiej i premiera Marka Belki oraz przedstawienia im własnych opinii. Obecni byli reprezentanci spółek giełdowych oraz firm z czołówki prowadzonych przez „Puls Biznesu” list najszybciej rozwijających się firm (Gazele Biznesu) i przedsiębiorstw najsilniej oddziałujących rozwojowo na swoje regiony (Filary Gospodarki).

Najważniejszym wnioskiem z tej dyskusji jest konieczność zapewnienia konkurencyjności rynku usług w UE. Można tego dokonać przez otwarcie rynków usług krajów „starej Unii”, czego one dotąd się boją. Szkopuł w tym, że usługi rozumie się teraz szeroko i w takim znaczeniu dają one aż 70 procent PKB całej Unii Europejskiej. Trudno zatem tworzyć autentyczny wspólny rynek z pominięciem tych jego 70 procent. Wolny dostęp do świadczenia usług na rynkach dużych państw europejskich to dzisiaj klucz do prawdziwego wyrównywania różnic rozwojowych, rzecz o kapitalnym znaczeniu także dla Polski. To droga wzrostu i tworzenia miejsc pracy. Szef Komisji podzielił takie stanowisko. Przypomniał, że postulat swobody świadczenia usług legł u podstaw koncepcji jedności europejskiej; był zawarty już w traktacie rzymskim z 1957 roku. Barroso zadeklarował poparcie dla polskich oczekiwań, ale przedstawił to w kategoriach politycznych.

Tym, którzy mają dzisiaj najwięcej obaw — Niemcom, Francji — nie sposób niczego narzucić. Ale można spotkać się wpół drogi czyniąc ustępstwa w kwestiach, jakie tamte kraje uznają za najważniejsze dla siebie. Jak wyjaśniał Jarosław Pietras, polski minister ds. europejskich, nasz kraj będzie się więc godził na opóźnienia, eufemistycznie zwane okresami przejściowymi, w otwieraniu rynków usług. Nie przystaniemy jednak na wyłączenie z polityki liberalizacji pewnych sektorów usług, oprócz gier losowych i usług zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych.

Kwestia zakończenia budowy rynku wewnętrznego UE, a w szczególności dokończenia prac nad projektem liberalizacji rynku usług będzie jednym z głównych tematów najbliższego szczytu Unii, 22-23 marca w Brukseli. Wypracowywane tam decyzje umożliwić mają świadczenie usług na terenie całej UE w oparciu o prawo kraju pochodzenia usługodawcy, co budzi najwięcej kontrowersji.