W Pietrasanta kochają artystów. Miłość do sztuki? Zapewne, ale także zarobek i splendor dla miasta. Botero, Paladino, Nakamura, Pomodoro... I Igor Mitoraj.
Pracownia marmuru. Posągi, posążki — w środku i na zewnątrz. Biały pył. Nawet błoto ma taki kolor. Pracownicy szlifują i Wenus z Milo, i fokę z piłką na nosie, i jelonka, i torsy, sygnowane później nazwiskiem Mitoraj. Obrobiony marmur w dotyku przypomina ludzką skórę. Jest ciepły. A oczy widzą zimną biel.
Jak wyręczają artystę asystenci? Obłupują bloki marmuru — do pewnego momentu. Potem szlifują. Ręcznie. Chropowatości i zarysowania, które pozostają, inaczej niż gładka powierzchnia odbijają światło. Rzeźba wówczas charakterystycznie świeci. Na przykład prace Botero szlifuje się dyskami...
Po toskańsku
Pietrasanta to 30-tysięczne, toskańskie miasto. Prawie wszędzie widać mniejsze i większe pracownie — obrabia się w nich białe bloki. Carrara, światowe centrum wydobycia białego marmuru, leży kilkadziesiąt kilometrów na północ. Pietrasanta jest zadbana, z mnóstwem galerii przy wąskich uliczkach. Na placach rzeźby Botero, Mitoraja...
— Ten mały placyk, na którym teraz stoi Centaur, był zapuszczony. Powiedziałem zarządowi miasta, że jeśli zrobią z nim porządek, to dam rzeźbę. Uwinęli się zaskakująco szybko — opowiada maestro podczas obiadu.
W małej knajpce prowadzonej przez małżeństwo Marię i Giuseppe, byłego marynarza — siermiężnie. I tylko kilka stolików. Ale za to na ścianach plakaty z wystaw. Znane nazwiska...
— Domowa kuchnia. Jadają tu artyści. Tylko po południu lokal zmienia oblicze. Dla turystów. Mogą zamówić sałatkę z pomidorów z mozarellą i... cappuccino po obiedzie — krzywi się mistrz.
Igor Mitoraj umie pokazać włoskie ciekawostki kulinarne. Choćby nie doceniany u nas pęczak, dodawany i do przystawek, i do zup. A oliwa? Artysta ma gaj oliwny. No i własną oliwę.
— Zeszły rok nie był dobry. Drzewa szybko straciły kwiaty. Zbiory były niewielkie — dały tylko 30 litrów oliwy. W dobrym roku jest nawet 300 — opowiada.
Zna dokładnie proces pozyskiwania złotego płynu, tłoczenia tej extra virgin.
Łatwo odkryć jeszcze jedną jego pasję: wino. Przy kolacji kelner zbiera kieliszki, do których wlał zaproponowany przez siebie trunek. Według mistrza — miało za mało rzeźbiarski smak... Lubi wina wyraźne, garbnikowe. Takie też — na jego zlecenie — wyprodukowała winiarnia Cabreo: Mytho (jedynie kilkaset butelek). Nie na sprzedaż.
W starych warsztatach
Dom Igora Mitoraja kryje się za wysokim murem. W ogrodzie, wśród zieleni — rzeźby. Dom — XIX-wieczne warsztaty. Jedno skrzydło to część mieszkalna, drugie — pracownia. Do wnętrz pozwalają zajrzeć sięgające dachu okna.
W salonie — rzeźby (te nie podpisane naz-wiskiem Mitoraj to prezenty od przyjaciół-rzeźbiarzy), płaskorzeźby, rysunki (Polańskiego, Wajdy), obrazy (Kantora, Hermana Alberta) i książki, mnóstwo książek. Galeria sztuki.
Pośrodku, na cokole tors marmurowego herosa z II wieku p.n.e. Przed nim marmurowa główka Gorgony. Na stoliku granatowy, spękany tors. Tym razem autorstwa mistrza. Identyczny, tylko 11-metrowy służył za scenografię do opery Giacomo Pucciniego „Manon Lescaut”.
W pracowni — wzorowy porządek. Stoły z narzędziami i rzeźby, płaskorzeźby, plakaty. Też galeria — tylko mniej przytulna. Fragmenty twarzy o prostych nosach, pełnych ustach, łagodnych podbródkach — aż korci, by zapytać o wzorce antyczne. Maestro tego nie lubi.
Zastrzega, że nie wzoruje się na dawnych mistrzach. Ale trudno oprzeć się wrażeniu... Kanony poznane w szkole: proporcje, piękno, sylwetka, sport, olimpiada, dyskobol...
— Wolę żywe wzorce — ucina Igor Mitoraj.
Nie jest łatwym rozmówcą. Unika odpowiedzi. Lubi powtarzać to, co chce, aby zostało usłyszane, podchwycone... Czasem wydaje się, że — mimochodem — podsuwa jakiś smaczek. A potem okazuje się, że takie zdanie można znaleźć we wcześniejszych wywiadach... Pamięta nieprzychylne recenzje. Także te z Polski. Czy Polacy są niewdzięcznymi odbiorcami jego sztuki?
— Właściwie dlaczego miałbym przyznawać się do Polski? Ale próbuję. Myślę, że w Polsce jest zapotrzebowanie na sztukę, tylko Polakom brakuje umiejętności jej odbioru. Niska kultura to wina niewielkiej aktywności instytucji kulturalnych, krytyków i dziennikarzy. Powinni uczyć, nie krytykować! Krytyka jest potrzebna. Ale konstruktywna! — sumuje Igor Mitoraj.
Ile już razy słyszeliśmy to od artystów?
Niczym motyle
— Rzeźbiarstwo to ciężka praca. I nieprawda, że monotonna. Ale zanim jedna rzeźba będzie gotowa, upływa kilka miesięcy. Najmniej cztery — przypomina rzeźbiarz.
Del Chiaro. Odlewnia i cyzelatornia. Przed budynkiem gigantyczne rzeźby, nie tylko Mitoraja, i betonowo-ceglane kokony, a w nich przygotowane do wypalania woskowe wzorce.
— Po trzech dniach w piecu wosk wypłynie. Miejsce po nim wypełni surówka, np. brązu. Pozostanie w piecu jeszcze 12 dni. Dokładnie sprawdzam woski przed zalaniem mieszanką. Wtedy jeszcze mogę poprawiać — ciągnie opowieść Igor Mitoraj.
Kokony są podpisane. Wśród nazwisk jedno wydaje się ciekawe: Chromy, i dopisek: Pieta.
Wypalone odlewy poddawane są obróbce. Oczyszczane. Szlifowane. Patynowane. Szlif nie jest gładki. Raczej przypomina zadrapania.
— W pobliskich górach pracownię ma rzemieślnik, który nakładki do szlifowania wykonuje ręcznie — artysta pokazuje kawałek metalu, który przywodzi na myśl płaskie koło zębate.
Na tyłach odlewni, na stołach rozłożone są płaskorzeźby. Po zabiegach trafią do Palm Beach. Będą zdobiły 22-metrowy fronton budynku fundacji sztuki. Inauguracja — we wrześniu. Ani rzeźba, ani fundacja nie mają jeszcze nazwy.
Gotowe rzeźby transportuje się do miejsc przeznaczenia: muzeów, galerii albo do prywatnego składu artysty. Na drewnianych konstrukcjach: ukończone dzieła z marmuru, trawertynu, brązu, „gipsy” oraz skorupy po odlewach. Gdzieniegdzie, oparte o ściany, oprawione w ramy rysunki na papierze pakowym.
— To mój spadek po komunizmie — przypomina artysta.
Asystenci rozpakowują skrzynie. Akurat przyjechały rzeźby, które do końca kwietnia stały na warszawskim placu Zamkowym. Jedna z nich wróci do Warszawy — Ikaro Alato (Ikar Uskrzydlony) — do nowo powstałego Centrum Kultury i Edukacji Olimpijskiej.
Harmonia we fragmentach
— Marzenia? Nie szukam formy idealnej. Taka praca oznaczałaby dla twórcy koniec. Mam jeszcze wiele pomysłów. Myślę nad nimi. Teraz na przykład robię tego typu rzeczy — na stole w przydomowej pracowni potłuczone kawałki. Da się dopatrzeć fragmentu skrzydła. To „Opuszczone miejsce”. Nie. Zapomniane. „Zapomniane miejsce” — decyduje się Mitoraj.
Ulubione własne rzeźby? Te w jego domu, które odkupił. I które, mówi, pozostaną już z nim do końca. A prezenty?
— Raz. Ale okazało się, że to podróbka. Zdenerwowałem się. Potem jednak pomyślałem — przecież to komplement. Ktoś próbuje zarabiać na moim nazwisku! Coś jest więc warte... Słyszałem, że jakiś czas temu zmarł Węgier, specjalizujący się w „Mitoraju”. A osobiście znałem miejscowego odlewnika, który oszukiwał nie tylko mnie, ale też Pomodoro, Botero... Oddawał odlew lub dwa, drugi albo trzeci zatrzymywał. Dostał tylko rok, bo przyznał się do zarzutów.
A inni rzeźbiarze, których prace ceni? Co sądzi o twórczości polskich rzeźbiarzy wielkoformatowych?
— Na przykład?
Andrzej Renes.
— Kto?
Pomnik prymasa Wyszyńskiego, statuetka polskich nagród filmowych — Wiktor.
— Nie!
Marian Konieczny?
— Gratuluję odwagi przejścia od komunistycznego Lenina do Matki Boskiej [pomnik papieża dla bazyliki w Licheniu — przyp. red.]. Ale jest jeszcze rzeźbiarz o nazwisku Dźwigaj...
Profesor Czesław Dźwigaj. Kraków... Kontrowersje związane z ustawieniem pomnika Skargi. I rzeźby papieża. Niemal hurtowo...
— I ten człowiek śmiał udzielić wywiadu na mój temat!
A w ogóle: Mitoraj w Polsce?
— Przede wszystkim nie jestem ze środowiska krakowskiego. I... to mnie skreśla.
