Usługi detektywistyczne reguluje prawny bubel

Tomasz Banaszkiewicz
opublikowano: 2002-03-07 00:00

Usługi detektywistyczne nie zajmują zwykle miejsca wśród medialnych tematów dnia. Ostatnio poświęcano im jednak uwagę, a to z powodu ustawy z 6 lipca 2001 r. o usługach detektywistycznych, która została ogłoszona dopiero w Dzienniku Ustaw nr 12 z 15 lutego 2002 r., a w życie weszła w sobotę 2 marca. W większości publikacji przeczytać można mniej lub bardziej rozumnie przepisane fragmenty ustawy, czasami poddane stylistycznym przeróbkom.

Wspomniany akt prawny naprawdę zasługuje na uwagę. Choćby dlatego, że od pięciu dni uczynił potencjalnymi przestępcami tysiące osób, nie mających o tym zielonego pojęcia. Otóż według art. 2 ustawy „usługami detektywistycznymi są czynności polegające na uzyskiwaniu informacji o osobach, przedmiotach i zdarzeniach, realizowane na podstawie umowy zawartej ze zleceniodawcą...”. Ustawodawca uznał, że nie ma znaczenia, w jakim celu i w jakich okolicznościach informacje te są uzyskiwane, a jedyną przesłanką jest umowa ze zleceniodawcą. Tym samym za detektywów uznano nie tylko wywiadownie gospodarcze (będziemy jedynym chyba miejscem w świecie, gdzie się je tak traktuje), ale też większość firm konsultingowych, marketingowych i innych uzyskujących informacje na zlecenie. Następujące w dalszej części art. 2 wyliczenie okoliczności, w których „w szczególności” uzyskiwanie informacji jest usługą detektywistyczną, tylko pogarsza obraz tego zapisu.

Konsekwencją ustawy jest to, że wszyscy wykonujący dotychczas zawody nie kojarzące się z detektywem, od 2 marca muszą posiadać zezwolenia (przedsiębiorcy) oraz licencje (pracownicy). A posiadać ich nie mogą, bo nie wydano ani jednego przepisu wykonawczego, vacatio legis ustawy trwało zaś tylko dwa tygodnie — zatem wobec tych złoczyńców powinno się zastosować art. 46, który za działalność detektywistyczną bez zezwolenia przewiduje do dwóch lat pozbawienia wolności. Wraz z nimi powinni trafić do więzienia przedsiębiorcy, którzy usługi detektywistyczne świadczą już od roku 1989. Ustawa w art. 47 wprawdzie wprowadza mechanizm wymiany starych koncesji na nowe zezwolenia, ale całkowicie ignoruje fakt, iż owe koncesje straciły moc z dniem 1 lipca 2001 r., zgodnie z art. 96 prawa działalności gospodarczej. Jak wymienić decyzję administracyjną, która już nie istnieje?!

Wszystko wzięło się stąd, że ustawę o usługach detektywistycznych Sejm uchwalił zbyt późno, a następnie podrzucił ją prezydentowi do podpisu wraz z mechanizmem zapewniającym, że zadziała... wstecz. Prezydent skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego. Sędziowie uznali artykuł 51, o wejściu ustawy w życie ze wsteczną datą 1 lipca 2001 r., za niezgodny z Konstytucją, ale stwierdzili zarazem, iż nie jest on nierozerwalnie związany z całą ustawą — dlatego została ona podpisana i w końcu weszła w życie 2 marca br. Nikt nie sprawdził, czy w takim kształcie i w tym terminie ma w ogóle sens. Oczywiście, że nie ma!

Prawdę mówiąc — moim zdaniem — i wcześniej tego sensu nie miała. Każdy akt prawny musi posiadać ratio legis. W tym wypadku jedynym czytelnym uzasadnieniem było utrzymanie przez MSWiA kontroli nad przedsiębiorcami świadczącymi usługi detektywistyczne. Trudno tę urzędniczą chęć uznać za ważny interes publiczny, którego udowodnienia wymaga Konstytucja dla ustawowego ograniczenia wolności działalności gospodarczej. Dowodem dla tej tezy niech będzie fakt, iż przez ostatnie osiem miesięcy (od 1 lipca do 1 marca) detektywi działali w Polsce bez szczególnych ograniczeń i żadne dobra osobiste obywateli ani bezpieczeństwo państwa nie ucierpiały z tej przyczyny.

Ustawa o usługach detektywistycznych wymaga niezwłocznego wstrzymania jej funkcjonowania oraz głębokiej nowelizacji, poprzedzonej równie głębokim namysłem. A gdybyśmy spróbowali wskazać winnych tego legislacyjnego bubla, to śpieszę poinformować, iż w ramach przestępczej działalności detektywistycznej niektórych wyśledziłem. Są nimi... tłumacze. Otóż nasza ustawa w części dotyczącej definicji stanowi niezręczne tłumaczenie odpowiedniej ustawy Federacji Rosyjskiej z roku 1993. Gdyby jeszcze inni sprawcy nie zechcieli jej „twórczo” rozwinąć...

Autor jest wiceprezesem i dyrektorem generalnym Konsalnet SA