W czwartym kwartale przeproś się z akcjami

Jagoda Fryc
opublikowano: 2015-09-27 22:00

Na giełdach w Europie i USA zrobiło się tanio, więc grzech tego nie wykorzystać. Zwłaszcza że końcówka roku zwykle sprzyja bykom – uważają zarządzający funduszami

Z dużej chmury mały deszcz — w ten sposób wydarzenia na rynkach akcji z ostatnich tygodni podsumowują specjaliści z TFI. To nic, że na chińskiej giełdzie pękła pompowana od roku bańka spekulacyjna, a ostatnie odczyty indeksu aktywności przemysłu przetwórczego potwierdzają, że Państwo Środka jest w nie najlepszej kondycji. To nic, że indeks DAX wepchnięty został w ramiona bessy i z trudem próbuje się z nich wyrwać, a afera „silnikowa”, która już zebrała żniwo, może pogrążyć nie tylko największy koncern motoryzacyjny na świecie, ale też solidnie zaszkodzić niemieckiej gospodarce. Wreszcie — to nic, że ceny surowców szorują po dnie, co rykoszetem odbija się na rynkach wschodzących. Zarządzający funduszami przekonują, że w każdym otoczeniu można szukać okazji do zarobku.

iStock

— Taniejące surowce to wspaniały stymulant dla gospodarek krajów rozwiniętych i trudno w takiej sytuacji o recesję. Niska inflacja, niski koszt pieniądza powodują, że w rękach Amerykanów i Europejczyków zostają dodatkowa gotówka, która podtrzyma koniunkturę — uważa Adrian Apanel, zarządzający z MM Prime TFI. Zdaniem ekspertów, warto się wybrać na zakupy, tym bardziej że akcje z USA i Europy zostały mocno przecenione, a fundamenty firm istotnie się nie pogorszyły. W dodatku banki centralne wciąż dysponują potężną bronią do walki z dekoniunkturą, a końcówka roku zwykle sprzyja bykom.

— Czwarty kwartał jest przeważnie dobry dla rynków akcji. Poza tym inwestorom giełdowym sprzyjają banki centralne. EBC jest w trakcie pierwszego programu skupu aktywów i spekuluje się, że na jednym się nie skończy. Dodatkowo Fed nie podniósł stóp procentowych, zapewniając w ten sposób inwestorom komfort psychiczny, bo część uczestników rynków obawiała się zacieśniania polityki monetarnej. W takim otoczeniu inwestorzy znów zechcą inwestować w ryzykowne aktywa — przewiduje Krzysztof Cesarz, zarządzający funduszami Ipopema TFI.

Czas na ryzyko

Eksperci z TFI nie próbują jednak mydlić oczu ani zaklinać rzeczywistości. Ostrzegają, że giełdy mogą jeszcze przez jakiś czas nerwowo reagować na sytuację makroekonomiczną, ale wciąż ostatnie spadki należy traktować jako korektę w długoterminowym trendzie wzrostowym.

— Jeżeli ta korekta nie przerodzi się w bessę, a obecnie brak ku temu fundamentalnych przesłanek, to istotna część przeceny powinna być już za nami. Przetestowanie minimów z sierpnia wydaje się naturalnym scenariuszem rozwoju sytuacji, co by oznaczało, że przed nami mogą być jeszcze jednocyfrowe spadki indeksów. Należy przy tym zaznaczyć, że wyceny spółek na wielu rynkach powróciły do umiarkowanie atrakcyjnych poziomów — przekonuje Michał Rabiej, zarządzający funduszem Macro FIZ.

Dlatego budując portfel na czwarty kwartał, trzeba bardziej niż zwykle skupić się na własnej skłonności do ryzyka, co sprowadza się do odpowiedzi na pytanie, czy duża zmienność i kilkuprocentowe straty w ciągu kilku sesji będą inwestorowi spędzały sen z powiek.

— Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to moim zdaniem ostatnie spadki, wzorem krachu z 2011 r., stanowią dobrą okazję do zwiększenia udziału akcji w portfelach. Założenie jest proste: spowolnienie w gospodarce światowej nie przerodzi się w recesję — uważa Jarosław Niedzielewski, dyrektor departamentu inwestycji w Investors TFI.

Nie wszystko do koszyka

Najwięcej nadziei na zwyżki dają akcje z krajów rozwiniętych, uważają zarządzający. Ci ankietowani przez „Puls Biznesu” stawiają w czwartym kwartale na Europę i USA. Różnice dotyczą proporcji. Nieco mniejsze wzięcie mają natomiast spółki z GPW. Krzysztof Cesarz proponuje, żeby udział akcji w portfelu stanowił aż 70 proc., przy czym 35 proc. mają zająć walory z Europy Zachodniej, 25 proc. z USA, a po 5 proc. — z Japonii i Polski. Myśląc o Wall Street, lepiej natomiast postawić na indeks Nasdaq niż S&P500.

— Z Europy wyróżniają się Niemcy. Afera z udziałem Volkswagena sprawiła, że do branży samochodowej należy podejść ostrożnie. Nie obawiam się jednak upadku tej spółki, gdyż jest ona zbyt ważna dla gospodarki niemieckiej i w skrajnym przypadku będzie mogła liczyć na pomoc państwa. Poza tym we Frankfurcie notowanych jest wiele innych ciekawych firm z ekspozycją na rynek wewnętrzny UE, który ma się coraz lepiej. Francja natomiast ma swoje problemy strukturalne, ale nie wyobrażam sobie, żeby pieniądze z QE ominęły tę drugą największą gospodarkę w Europie. W Hiszpanii i we Włoszech przeprowadzone reformy przekładają się na ożywienie w gospodarce — wylicza Krzysztof Cesarz. Inwestorom o zrównoważonym profilu ryzyka Jarosław Niedzielewski podpowiada, aby 60 proc. portfela zajmowały akcje lub fundusze akcyjne, przy czym połowę z tej puli radzi przeznaczyć na inwestycje zagranicznie — po równo między USA i Europę.

— Resztę zainwestowałbym w Polsce, uznając, że stanowimy punkt pośredni między rynkami wschodzącymi i rozwiniętymi, a nasze położenie oraz sytuacja ekonomiczna, szczególnie przy znacznie niższych wycenach niż kilka miesięcy temu, wpływają na atrakcyjność krajowych akcji — tłumaczy Jarosław Niedzielewski. Większą część polskich inwestycji, czyli 20 proc. aktywów, ekspert skierowałby do segmentu mniejszych i średnich spółek, które jeszcze nie zdążyły zdyskontować ostatniej fali ożywienia gospodarczego.

— Natomiast do 10 proc. portfela stopniowo, choć z drżącym sercem, zainwestowałbym na szerokim rynku lub w większe spółki, które ucierpiały ze względu na działania i zapowiedzi polityków. Zbliżające się wybory powinny być momentem kulminacyjnym, po którym wszystkie negatywne emocje narosłewokół wielu krajowych firm i sektorów powinny zacząć powoli opadać. Natomiast inwestorzy, obawiający się „węgierskiej” wersji wydarzeń, mogą te 10 proc. przeznaczyć na zwiększenie zagranicznych aktywów — podpowiada Jarosław Niedzielewski.

Poduszka bezpieczeństwa

Ci, którzy na giełdzie zainwestują 60-70 proc. portfela, resztę pieniędzy powinni ulokować w bezpieczniejszym miejscu. Ale nie dla wielkich zysków. — Pozostałą część portfela przeznaczyłbym na inwestycje stabilizujące i zabezpieczające przed podwyższoną zmiennością i dużą niepewnością. Większą część, czyli do 30 proc., inwestowałbym w obligacje — po połowie korporacyjne i skarbowe. Ponieważ, mimo wszystko, zakładam dobrą końcówkę roku dla rynków akcji, inwestorzy powinni również na powrót zainteresować się obligacjami przedsiębiorstw — uważa Jarosław Niedzielewski. Ostatnia część portfela, stanowiąca do 10 proc., może zostać przeznaczona na bardziej alternatywne inwestycje, czyli fundusze złota oraz absolute return, jako zabezpieczenie przed dalszą słabością rynków akcji.

— W przypadku inwestorów, którzy po sierpniowych wydarzeniach na rynkach alergicznie reagują na inwestycje w akcje, 50 proc. portfela przeznaczyłbym na inwestycje w obligacje korporacyjne i skarbowe, 35-40 proc. w fundusze absolute return oraz 10-15 proc. w złoto — dodaje Jarosław Niedzielewski. Inwestorom z dużą awersją do ryzyka Michał Rabiej proponuje natomiast zmiennokuponowe obligacje korporacyjne lub fundusze stabilnego wzrostu i absolutnej stopy zwrotu, gdzie komponent akcyjny nie dominuje w portfelu, ale pozwala na umiejętną budowę ekspozycji na instrumenty udziałowe.