W e-kantorze jest taniej i szybciej

Jagoda Fryc
opublikowano: 2013-08-28 00:00

Internetowe kantory i platformy wymiany walut mają lepsze kursy i są wygodniejsze w użytkowaniu.

W Polsce działa już ponad 30 podmiotów świadczących internetowe usługi wymiany walut — dwa razy więcej niż przed trzema laty. Według szacunków porównywarki Kurencja.com, w ciągu miesiąca klienci za ich pośrednictwem dokonują transakcji wartych 1,2 mld zł, co daje 15 mld zł rocznie. Rynek rośnie jak na drożdżach, bo tego rodzaju podmioty oferują atrakcyjniejsze kursy, wygodę, oszczędność czasu i wyższy poziom bezpieczeństwa niż kantory tradycyjne.

None
None

— W latach 2004-10 banki udzieliły łącznie 750 tys. kredytów walutowych, wartych około 225 mld zł. Przy założeniu, że 750 tys. kredytobiorców potrzebuje co miesiąc do ich spłaty około 1,2 tys. zł, to odpowiada to mniej więcej: 350 CHF, 280 EUR, 360 USD. Korzyści, jakie można osiągnąć, spłacając 30-letni kredyt walutowy walutami zakupionymi poza bankiem, zakładając, że na jednej racie oszczędzamy 50 zł, wynoszą nawet 18 tys. zł — wylicza Marcin Borek, właściciel porównywarki kantorów internetowych Kurencja.com.

E-kantory zarabiają na spreadzie, a platformy na opłatach od użytkowników (nie wyższych niż 0,2 proc.). Z badań Kurecja.com wynika, że żaden z tych podmiotów nie pobiera opłat za założenie i prowadzenie rachunków. Marcin Borek zwraca jednak uwagę, że kluczowe z punktu widzenia użytkownika jest to, do jakiego banku e-kantor lub platforma oferuje bezpłatne przelewy.

— Przelewy walut do i od operatora wiążą się bowiem z kosztem i czasem. Jeżeli posiadamy konto w tym samym banku co wybrany kantor, możemy oszczędzić nie tylko kilkadziesiąt złotych za przelewy, ale też kilka — kilkadziesiąt godzin w oczekiwaniu na zwrotny przelew pieniędzy — tłumaczy Marcin Borek.

Jego zdaniem, Polska jest na szczycie walki konkurencyjnej i liczby operatorów internetowego rynku walutowego. Przyszłość, to konsolidacja, bo wielu podmiotów nie będzie się w stanie utrzymać z obecnym poziomem obrotów.

— Przetrwają ci, który mocną pozycję zajęli stosunkowo szybko i cały czas walczą, aby ją utrzymać lub powiększyć. Walka ta przybiera głównie formę planowej, ciągłej promocji i reklamy — oczywiście w internecie. W przyszłości zostaną najwięksi. Co ciekawe, obecni giganci sami zaczęli od wzajemnej fuzji — uważa Marcin Borek.