W środę gracze stracili, co we wtorek zarobili

Artur Szymański
opublikowano: 2007-05-24 00:00

Dawno już nie było tak nudnej sesji. Indeks WIG20 praktycznie się nie zmieniał, a obroty były o połowę niższe niż we wtorek. Wskaźnik blue chipów wrócił do poziomu po sesji poniedziałkowej, finiszując na 3567,31 pkt. Rzuca się w oczy zerwanie z tradycją ostatnich kilkunastu dni, czyli ślepym podążaniem głównego barometru koniunktury w Warszawie za indeksami bardziej rozwiniętych rynków. Czyżby strach zaczynał brać górę nad chciwością?

To możliwe, choć jeszcze dzień wcześniej wydawało się, że inwestorzy porzucili obawy o rychły początek głębokiej realizacji zysków na nowojorskiej giełdzie. We wtorek aktywnie kupowano walory największych polskich przedsiębiorstw i nic w zasadzie nie stało na przeszkodzie, by w środę kontynuować pozytywną dla akcjonariuszy tendencję. Indeksy rynków eurolandu w dalszym ciągu rosły, na dodatnie zapowiadało się też otwarcie środowego handlu w USA.

Tymczasem na GPW już na dzień dobry doszło do sporego spadku cen większości akcji. Wydaje się jednak, że wynikało to bardziej z odstawienia popytu niż wzrostu aktywności sprzedających. Świadczą o tym bardzo niskie obroty, które podsumowano na 646 mln zł.

Hossa, by mogła się rozwijać, wymaga stałego dopływu paliwa, czyli gotówki. W środę jednak maszyneria się zacięła. Na razie wygląda to tylko na drobną awarię i dalsza jazda windy w górę jest możliwa. Nadzieją napawa wzrost optymizmu na rynku terminowym. Ujemna różnica między kontraktami na WIG20 a instrumentem bazowym została zmniejszona do zaledwie 7 punktów. Dzień wcześniej jej rozmiary były monstrualne, gdy baza wynosiła –65 pkt.