Piątkowe notowania na Wall Street przebiegają w nerwowej atmosferze, gdyż w centrum uwagi rynku pozostają obawy o wybuch wojny w Iraku. Inwestorzy źle odebrali deklarację ministra obrony USA Donalda Rumsfelda, który stwierdził, że USA zgromadziły w rejonie Zatoki Perskiej wystarczające siły, by zaatakować Irak.
Sporo zamieszania wywołała tez informacja, że na New York Staten Island doszło do wybuchu barki z propanem. Do eksplozji doszło na torze wodnym nazywanym Arthur Kill, pomiędzy Staten Island a New Jersy. Niebo zasnute jest czarnym dymem, widać także płomienie.
Eksplozja wywołała natychmiastowy strach przed atakiem terrorystycznym, co odbiło się na spadku indeksów. Jednak zapewnienia policji, że wypadek nie ma nic wspólnego z terroryzmem uspokoiło nastroje i pozwoliło na wzrost indeksów. W połowie sesji Dow Jones zarobił 1,02 proc., S&P 500 wzrósł o 1,17 proc., a Nasdaq, który najmniej stracił podczas czwartkowej wyprzedaży wzrósł o 0,57 proc. Jednocześnie cena baryłki ropy w Nowym Jorku wzrosła o 96 centów do 35,70 dolarów, a uncja złota podrożała o 10 centów do 353.10 dolarów.
Indeksy giełdowe rosną jednak bardzo powoli, przy małych obrotach, co jest pochodną przekazanych dzień wcześniej fatalnych danych makro. W czwartek amerykański rząd poinformował o wzroście cen produkcji sprzedanej przemysłu oraz liczbie nowych bezrobotnych. Rekordowy poziom osiągnął też amerykański deficyt handlowy. Słabego obrazu gospodarki nie poprawiły opublikowane przed sesją dane o styczniowej inflacji. W ubiegłym miesiącu ceny detaliczne wzrosły o 0,3 proc., zgodnie z oczekiwaniami analityków.
Niewielki popyt inwestorów skupił się na spółkach wytwarzających produkty konsumpcyjne. Prawie 3 proc. zyskały akcje producenta dóbr użytkowych Johnson & Johnson, blisko 1 proc. wzrosły akcje czołowego producenta papieru International Paper, a koncern chemiczny 3M zarobił 1 proc.
Paweł Kubisiak