Zdaniem Jana Truszczyńskiego, głównego negocjatora członkostwa Polski w UE, konsekwencje przyjęcia euro nie ujawnią się od razu. W warunkach pełnej porównywalności cen będzie rosła wewnątrz eurostrefy presja na redukcję kosztów.
Jan Truszczyński uważa, że w najbliższej przyszłości należy liczyć się ze zjawiskami zaokrąglania w górę cen kwotowanych polskim importerom oraz zaniżania w dół rodzimym eksporterom. Na takie zjawiska polscy przedsiębiorcy muszą być przygotowani.
Zdaniem głównego negocjatora, wprowadzenie wspólnej waluty będzie oznaczało duże zmiany psychologiczne w zachowaniach konsumenckich, może spowodować presję ze strony społeczeństw, które nie zdecydowały się na przystąpienie do strefy euro. To jednak będzie zależało w dużym stopniu od tego, czy efekty wspólnej waluty okażą się na tyle silne i pojawią się na tyle szybko, jak się obecnie zakłada. Wymiana waluty nie powinna natomiast przynieść żadnych ujemnych skutków dla przedsiębiorców.
— Do operacji przygotowywano się od wielu lat, a w rozliczeniach międzybankowych oraz między firmami waluta funkcjonuje już od dawna. Szczególnie duże przedsiębiorstwa są w tym względzie bardzo dobrze przygotowane — podkreśla Jan Truszczyński.
— Jeżeli peleton jedzie do przodu, to niekoniecznie oznacza, że ucieka. My staramy się nie tracić dystansu. Jednak obecny stan gospodarki nastraja raczej minorowo. W przyszłym roku możemy mieć do czynienia z recesją, a na pewno ze stagnacją — mówi Jan Truszczyński.
Dodaje, że istotne są tu kryteria monetarne, w tym przede wszystkim niski wskaźnik inflacji. Jego zdaniem, Polska będzie w stanie spełnić warunki członkostwa w unii monetarnej w ciągu najbliższych kilku lat.
— Jeszcze kilka lat temu szczyciliśmy się tym, że także poziom deficytu budżetowego i długu publicznego są daleko poniżej pułapów wyznaczanych przez kryteria z Maastricht. W warunkach sanacji budżetowej istnieje szansa utrzymania przez Polskę kryteriów fiskalnych. Sztuką nie jest jednak jednorazowe osiągnięcie wskaźników, ale ich utrzymanie. Dlatego nie wydaje mi się, abyśmy mogli aplikować do strefy euro już pod koniec 2005 r., czyli po dwóch latach obowiązkowego przedsionka w ERM II. Byłoby to zbyt wcześnie — uważa główny negocjator.
Zdaniem Jana Truszczyńskiego, warunkiem podstawowym członkostwa Polski w EMU jest sprawnie funkcjonująca gospodarka. Chodzi m.in. o dokończenie procesu prywatyzacji. Jak długo te procesy są dalekie od zakończenia, wejście do strefy euro oraz związane z tym pozbawienie się możliwości wpływania na kurs walutowy rodzi ryzyko wymuszonej restrukturyzacji niektórych sektorów z negatywnymi skutkami społecznymi.
— Włochy czy Grecja przed wejściem do strefy euro ustaliły kurs wejścia, pozwalający na utrzymywanie przez dłuższy czas konkurencyjności zewnętrznej. Niewykluczone, że nas również to czeka — zauważa Jan Truszczyński.
Podkreśla jednak, że warto być w strefie euro, bo funkcjonowanie na rynku o wspólnej walucie przyniesie nam podobne korzyści, jakie dziś mają kraje EMU, czyli ograniczenie ryzyka kursowego, kosztów transakcji oraz lepszą porównywalność poszczególnych składników kosztów produkcji.