We wrzątku kąpani

Karol jedliński
29-02-2008, 00:00

Używki? Kawa i papierosy — otóż to! Herbata? Absolutnie nie! Zbyt szlachetne pochodzenie. Herbatą się delektuje, ją się przeżywa. I celebruje.

Co i rusz odkrywa jej nowe oblicza, nie pamięta dnia bez aromatycznego napoju. Katarzyna Kochańska, właścicielka warszawskiej herbaciarni Herba Thea, świetnie za to pamięta historię wrzucania liści do wrzątku.

— Legenda mówi, że setki lat temu światły chiński cesarz gotował sobie wodę do picia podczas przerwy w wędrówce. Nagle z krzaka, pod którym siedział, opadło kilka listków i wpadło do naczynia. Woda nabrała złocistego koloru i miłego zapachu. Cesarz spróbował. Przeżył i zachwycił się — opowiada Katarzyna Kochańska.

Monarcha rozkazał przesadzić roślinę do ce- sarskich ogrodów. Potem sprezentował jej krzaczki władcy Japonii. No i zaczęło się... Dziś, gdy herbata zeszła z pałaców „pod strzechy”, wciąż jest odkrywana na nowo. Co więcej, herbaciana sztuka i obyczaj nie zatrzymały się na zwykłym zaparzaniu listków. Dba o to choćby szefowa Herba Thei.

— Przez lata pracowałam jako dziennikarka — m.in. w Agorze, Bauerze czy magazynie „Zwierciadło”. Choć nie myślałam wtedy o herbaciarni, miałam ją gdzieś z tyłu głowy. Bo po co trzymałabym w domu ponad 40 gatunków tej rośliny? — pyta retorycznie Katarzyna Kochańska.

Sznurek szczurek

Herbaciarnię założyła dwa lata temu. Siłą Herba Thei nie jest wielki kapitał czy reklama, ale pasja właścicielki. Do wyboru — setki herbat, od prostych po najbardziej wyszukane. Każdą mieszankę przygotowuje sama, nie akceptuje „gotowców”.

— Ostatnio sprowadziłam z Chin specjalny gatunek róży. Jej pąki są malutkie, w sam raz do parzenia. Zimą łączę je z czarną herbatą, która świetnie rozgrzewa. Latem — polecam zieloną: chłodzi. Żeby nie było za słodko, dorzucam nutkę kasji, podobnej w smaku do cynamonu. Ta lekka pikanteria jest, jak na mój gust, idealna — przekonuje właścicielka Herba Thei.

Komponuje też — w ramach aromaterapii — herbaty z olejkami eterycznymi.

— Bawi mnie wyszukiwanie niewielkich różnic, niuansów smaku i zapachu — przyznaje.

Kiedy rozmawiamy przez telefon, wyraźnie słyszę pobrzękiwanie porcelany. Katarzyna Kochańska popija w swej herbaciarni zieloną herbatę z trawą cytrynową. Zresztą zielona, zaparzana w tradycyjny chiński sposób, to jej faworytka. Zbierana z młodych listków, delikatna i zdrowa, bo zawiera dwa razy więcej przeciwutleniaczy niż czarne herbaty.

Szefowa Herba Thei wytrwale edukuje ludzi, pijących wyłącznie napar zaparzany ze „szczurów na sznurku”, czyli saszetek. Opowiada anegdotę o znajomych, którzy skarżyli się na podłość kupionej herbaty. „Zobacz, jaki to kiepski gatunek, urwał się sznureczek” — pomstowali.

Dobrze jej w tej herbacianej niszy. Bezkarnie może parzyć sobie kilka filiżanek wymyślnego napoju dziennie i jeszcze mieć głowę pełną marzeń, coraz bliższych realizacji. Interes rośnie w oczach, niedługo otworzy się lokal na zasadzie franczyzy.

Zielono mi

Upodobanie do zielonej herbaty żywi również Mariusz Grelewicz, p. o. dyrektora generalnego Teekane Polska. Być może na wyobraźnię miłośników herbat działa świadomość, iż zielone i białe odmiany powstają z suszonych liści, a czarne — ze sfermentowanych.

— Historycznie zielona też jest górą. Czarna to wynalazek Europejczyków eksperymentujących w Indiach. Poza tym jest dla mnie za gorzka i za ostra — wykłada Mariusz Grelewicz.

Z racji zawodu próbuje wszelkich nowości — zarówno macierzystej firmy, jak i konkurencji — lecz najbardziej smakuje mu herbata z chińskiej prowincji Yunnan. Gusta ma trochę niepolskie, bo — według statystyk cytowanych z głowy — odmiany czarne opanowały 60 proc. naszego rynku. A do herbat w saszetkach należy 80-90 proc. tego „tortu”.

— W ostatnich latach popularność zdobywają jednak herbaty zielone, owocowe i wspierające odchudzanie — przyznaje Mariusz Grelewicz.

Na firmę Teekane wielu zapalonych herbaciarzy patrzy z przymrużeniem oka — cóż, wielki biznes rodzi się z dobrych pomysłów, niekoniecznie wspierających tradycyjne sposoby parzenia i podawania herbaty. To Teekane w 1929 r. wprowadziła na rynek tzw. herbatę ekspresową, protoplastkę dzisiejszych „szczurów na sznureczku”. A po wojnie opatentowała podwójną torebkę ekspresową.

— Polacy wciąż wolą tańsze marki, jednak powoli zaczynają wyłapywać herbaciane smaczki — ocenia Mariusz Grelewicz.

W czaj mi graj

O tym, że herbata podbijała dwory nie tylko azjatyckie, chętnie zaświadczy Dmitrij Strelnikoff, podróżnik, poeta, pisarz, a z wykształcenia — biolog. Przyjechał z Rosji i przekonuje Polaków, że nad Wisłą pija się czaj na wzór rosyjski.

— Dużo czasu musiało upłynąć, zanim herbaty mogli spróbować przeciętni mieszkańcy Moskwy i Petersburga. Dawniej herbaciana karawana szła z Azji do stolicy Rosji przez półtora roku, więc susz był piekielnie drogi. Trafiał zwykle do spiżarni arystokratów — opowiada podróżnik.

W XVI wieku car Michał I Romanow, jako jeden z pierwszych Rosjan, zasmakował w gorącym naparze. Gdy lata później wybudowano kolej transsyberyjską, ceny suszu zaczęły spadać. I tak herbaty spróbowała ulica.

— Od Moskwy po Amsterdam panowała moda na herbatę. Podobała się również jako pięknie kwitnący krzew. Europa lubi takie snobizmy — za rośliny ozdobne uznawano kiedyś słonecznik i jabłko ziemne, czyli ziemniaka — śmieje się Dmitrij Strelnikoff.

Sam praktykuje zwyczaje rosyjskie, wedle których zaproszenie na herbatę oznacza co najmniej godzinne spotkanie przy deserze. Pije jej dużo. Czarną. Mocną osładza, przegryzając maczany w herbacie cukier w kostkach. Mogą też być konfitury z jagód, agrestu czy rokitnika.

— Taka mieszanka oczyszcza umysł i daje energię — uważa pisarz.

Akceptuje wersje z cytryną, miodem, mlekiem. Z prądem — raczej nie. No chyba, że ściśnie mróz minus trzydzieści, wtedy mieszanka z pięćdziesiątką koniaczku nie zaszkodzi.

— Jestem zwolennikiem celebrowania herbaty. Nie połykać, tylko popijać, rozmawiać, podjadać. Ale żadnego czaju na sposób żołnierski — to trucizna i głowa po tym boli — zastrzega.

Kiedy trafi się samowar, wtedy jest ucztowanie na całego. Herbatą — obowiązkowo pierwszego gatunku — napełnia się czajniczek do połowy, po chwili dolewa się do pełna, potem odlewa się trochę i znów dolewa.

— Po 7-8 minutach takich obrzędów mamy herbatę równą, a nie cienką z góry, a mocną przy dnie — radzi fachowo.

O herbacie mógłby opowiadać godzinami. W końcu dziesięć filiżanek dziennie robi swoje. I ma dobroczynne skutki.

— Pita przyzwoicie, zniechęca do alkoholu. Bo po takich przeżyciach smakowych i energetycznych odechciewa się wódki — uważa Dmitrij Strelnikoff.

A zresztą, nieważne gdzie i jaka, ważne kiedy i w jakim towarzystwie. Zwykła lura towarzysząca niezwykłym emocjom zmienia się w herbatę życia. Każdy herbaciarz wierzy, że takie chwile są jeszcze przed nim. Byleby wrzątek był pod ręką.

Karol Jedliński

Foto: Marek Wiśniewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol jedliński

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / We wrzątku kąpani