WIG20 wcale nie jest prymusem

Kamil Zatoński
opublikowano: 2009-08-26 00:00

Akcje polskich blue chipów są droższe od spółek z większości rynków wschodzących i rozwiniętych. Dlatego dorobek WIG20 na tle innych indeksów nie rzuca na kolana.

"PB" porównał wartości najpopularniejszego wskaźnika cena do zysku (C/Z) dla 20 indeksów największych giełd z obu Ameryk, Europy i Azji. Pod uwagę wzięliśmy wskaźniki obliczone na podstawie prognoz zysków spółek na 2009 i 2010 r. Jak na tym tle wypada WIG20? Okazuje się, że w gronie emerging markets drożej niż w Warszawie jest tylko w Hongkongu, Indiach i Chinach. W samej Europie relatywnie tańsze są papiery m.in. w Rosji, Turcji, na Węgrzech i w Czechach.

Wyceny z GPW nie wyglądają też niestety atrakcyjnie w porównaniu z wycenami firm z największych giełd. Wyższy uśredniony wskaźnik C/Z od WIG20 ma jedynie SP 500, austriacki ATX oraz tokijski Nikkei 225. Różnice te częściowo tłumaczy struktura branżowa indeksów. Tam bowiem, gdzie dominujący wpływ mają spółki surowcowe, wskaźniki C/Z są tradycyjnie niższe niż na rynkach, na których największy udział w portfelach indeksów ma sektor finansowy. Tak jest na GPW, gdzie banki w blisko 44 proc. stanowią o sile WIG20. Pod tym względem bardziej skoncentrowane są tylko Hang Seng (60-procentowy udział instytucji finansowych), turecki ISE National 100 (58 proc.) i praski PX (47,5 proc.). Z kolei w Moskwie akcje firm z branży naftowo-gazowej stanowią 56 proc. portfela indeksu RTS. Głównie dzięki temu jego wskaźnik C/Z dla prognoz zarówno na 2009, jak i 2010 r. ma wartość jednocyfrową (odpowiednio 9,4 i 7,9).

Relatywnie wysokie wskaźniki ceny do zysków prognozowane dla spółek z warszawskiego parkietu powodują, że ich notowania nie rosną tak dynamicznie, jak kursy porównywalnych firm z innych emerging markets. Biorąc pod uwagę stopę zwrotu z WIG20 od początku tego roku, mniej można było zarobić tylko na papierach spółek meksykańskich, a tyle samo na walorach spółek czeskich (wśród 11 rynków). Jeszcze gorzej prezentuje się zestawienie stóp zwrotu, które uwzględniają zmiany kursów walutowych. Po przeliczeniu wartości indeksów na euro WIG20 wypada zdecydowanie najgorzej (30 proc. od początku roku, wobec np. blisko 60 proc. dla indeksu BUX czy 45 proc. dla czeskiego PX). Także w dłuższym horyzoncie (rocznym), obejmującym także okres głębokich spadków, główny indeks GPW wlecze się w ogonie, wyprzedzając tylko pojedynczych konkurentów. W przeliczeniu na euro WIG20 przyniósł dużo większe straty nie tylko w porównaniu z rynkami wschodzącymi (chiński Shanghai A-Shares Index jest już na wyraźnym plusie), lecz też dużymi giełdami, jak Londyn czy Paryż.

Tyle o liczbach, bo relatywnie wyższe wskaźniki rynkowe nie przekreślają oczywiście szans na dalsze wzrosty na GPW. Tym bardziej że w ostatnich dniach kilka dużych, zagranicznych instytucji finansowych zaleciło kupowanie walorów firm z warszawskiego parkietu. W miniony piątek rekomendację "przeważaj" dla polskich akcji wydał JP Morgan (podobnie brzmi zalecenie dla Czech i Węgier). Uzasadnił to perspektywą osiągnięcia przez naszą gospodarkę korzyści ze spodziewanej poprawy koniunktury w Eurolandzie. Wcześniej podobną ocenę wydał Morgan Stanley. Argumenty to oczekiwana poprawa zysków spółek, korzystne zmiany kursu walutowego i lepsza ocena wśród inwestorów.

Inwestorzy widzą więcej

Nie wiem, czy właśnie rodzi się hossa. Sądzę, że mądrzejsi powinniśmy być na jesieni, kiedy poznamy kolejne twarde dane makroekonomiczne. Na razie unikałbym określenia słowa hossa, bo to, co obserwujemy obecnie, równie dobrze może być korektą w trendzie spadkowym, jak też początkiem rynku byka.

Trzeba pamiętać, że ryzyko inwestycyjne na giełdach nadal jest duże. Teraz rynki bardzo zdecydowanie wyprzedzają rzeczywistość, co na pewno kiedyś odbije się czkawką. Niepokoi także to, że realny popyt na rynkach surowcowych cały czas nie jest wielki, a surowce systematycznie rosną. Do tego prognozowanie rozwoju sytuacji w sferze makro jest obecnie wróżeniem z fusów. Zakładam, że wzrost gospodarczy będzie w USA i UE niewielki i nie będzie usprawiedliwiał cen aktywów, ale spodziewana korekta nie zamieni się w tym roku w pełnowymiarową bessę. Wstępnie oceniam, że obserwujemy coś, co można nazwać końcem pierwszego etapu kryzysu. Drugi etap zobaczymy już w 2011 r. Tymczasem inwestorzy liczą na prawdziwe ożywienie, uzasadniające wybicie cen akcji i surowców, a niestety o to będzie bardzo ciężko.

Piotr Kuczyński

główny analityk Xelion

Półroczna zwyżka

nie musi być hossą

Półroczna, dynamiczna zwyżka już raczej dobiega końca. Trend wzrostowy, rozpoczęty w lutym jest już moim zdaniem na wyczerpaniu. Ostatni czwartek i piątek to była już niemal euforia uczestników rynku. Często takie skrajnie optymistyczne podejście kończy cykl wzrostowy.

Ostatnie 6 miesięcy przyniosło ponadprzeciętne stopy zwrotu, a wiele spółek zwiększyło swoją wartość rynkową o kilkaset procent. Tak silny wzrost występuje zazwyczaj w długoterminowych i zarazem kilkuletnich cyklach wzrostowych przy założeniu, że w danej gospodarce mamy do czynienia z jednocyfrowym poziomem inflacji i oznakami ożywienia. Taki kilkuletni trend przynoszący ponadprzeciętną stopę zwrotu, mającą podstawy fundamentalne, można prędzej określić mianem hossy. Tymczasem za nami półroczna dynamiczna zwyżka, dyskontująca niewielką poprawę koniunktury wynikającą przede wszystkim z wyasygnowania rekordowo wysokich pieniędzy publicznych.

Bezpieczniej jest więc przyjąć, że półroczna zwyżka jest jedynie korektą z punktu widzenia teorii Elliotta określaną jako tzw. fala "B". Owa korekcyjna fala wzrostowa jest często mylona z nową hossą i towarzyszą jej dość dobre informacje. Można odnieść wrażenie, że właśnie z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w ciągu ostatnich tygodni. W czasie fali "B" liderami wzrostów są przede wszystkim spółki małe i średnie. W związku z tym uważam, że w obecnej sytuacji rynkowej bezpieczniej jest założyć, iż ostatnie wzrosty są jedynie elliottowską falą "B".

Bezrobocie na terenie USA w środku lata nadal znacząco przekracza 9 proc., a wydatki amerykańskich konsumentów znajdują się na dość wysokim poziomie. Równolegle stopy procentowe są rekordowo niskie, a wydatki publiczne rekordowo wysokie. Niepokojąco w tym kontekście wyglądają dalsze plany zwiększenia deficytu budżetowego USA w latach 2010-19 z 7,1 do 9 bln USD. Towarzyszy temu coraz mniejszy popyt na amerykańskie obligacje ze strony Chin. Amerykanie pozostają również w tyle za Europą, która już wchodzi na ścieżkę wzrostu. Wzrost PKB w takich krajach jak Francja i Niemcy jest dobrym prognostykiem dla poozstałych państw UE. Niestety, sytuacja wygląda coraz gorzej, jeśli spojrzymy na rynek w dalszej perspektywie, zwłaszcza biorąc pod uwagę ryzyko dalszej zwyżki surowców, a także rekordowo niskie stópy procentowe.

Rafał Salwa

niezależny analityk

Kamil

Zatoński