Wiosna ożywiła hipotekę

Eugeniusz Twaróg
opublikowano: 27-04-2011, 00:00

Strach nakręca popyt na kredyt. Klienci boją się osierocenia przez "Rodzinę na swoim" i kolejnej rekomendacji KNF.

Zima zmroziła rynek, ale w marcu lody puściły i ruszyła sprzedaż

Strach nakręca popyt na kredyt. Klienci boją się osierocenia przez "Rodzinę na swoim" i kolejnej rekomendacji KNF.

Sprzedaż kredytów hipotecznych zawsze na początku roku idzie bankom jak po grudzie. Klienci po świątecznej przerwie i sylwestrze nie mają głowy do kupowania mieszkań. Tegoroczny kac rynku hipotecznego po gorącym grudniu był jednak nadzwyczaj ciężki.

Z danych Związku Banków Polskich, do których udało nam się dotrzeć, wynika, że w styczniu wartość umów kredytowych (w tym kredytów refinansowych oraz pożyczek hipotecznych) wyniosła 3,7 mld zł. Miesiąc później było jeszcze gorzej. Lutym zamknął się sprzedażą na poziomie 3,1 mld zł.

Zacięta maszynka

Kilku bankom udało się jednak poprawić w lutym wyniki z poprzedniego miesiąca. Według naszych informacji, zdobyły się na to tylko PKO BP, Pekao, Multibank z grupy BRE Banku (do 101 mln zł z 75mln zł), BZ WBK (o 28 mln zł, do 98 mln zł), Lukas Bank (o 2 mln zł, do 53 mln zł) oraz Bank BPH (o symboliczne 300 tys. zł, do 13,9 mln zł).

Zacięła się natomiast maszynka do kredytów hipotecznych Getin Noble Banku, który podpisał o jedną czwartą mniej umów niż przed miesiącem. Niektóre banki utrzymały mniej więcej ten sam poziom sprzedaży albo odnotowały nieznaczne spadki, jak Deutsche Bank PBC (DB PBC), Alior (o 1 mln zł, do 103 mln zł), Millennium (120 mln zł wobec 127 mln zł w styczniu). Bardzo słaby wynik miał Kredyt Bank (36 mln zł w lutym), jeden z głównych graczy na rynku w 2010 r. Agnieszka Nachyła, szefowa marketingu kredytów hipotecznych w banku, wyjaśnia, że spadki są przejściowe i związane z centralizacją systemu oceny wniosków kredytowych, który dopiero powoli się dociera.

Jakie są przyczyny mizernych wyników całej branży? Piotr Zawadzki, szef kredytów hipotecznych w Nordea Banku, który w lutym miał wynik o 25 mln zł słabszy niż w styczniu (sprzedaż zamknęła kwotą 200 mln zł), tłumaczy gorsze wyniki sezonowością. W tym roku została ona pogłębiona przez nadzwyczajne zdarzenia na rynku. Otóż w grudniu klienci ruszyli do banków, napędzani pogłoskami o szykowanych ograniczeniach w dostępie do programu "Rodzina na swoim". Kto żyw, chciał jeszcze skorzystać z dobrodziejstw rządowych dopłat do kredytów hipotecznych. Nałożyła się na to dodatkowa przeszkoda ograniczająca popyt.

— W życie weszła słabo przygotowana ustawa o księgach wieczystych, wydłużając procedury związane z ustanawianiem zabezpieczeń — mówi Piotr Zawadzki.

Ratunek w marcu

Łącznie w pierwszych dwóch miesiącach sprzedaż kredytów hipotecznych była o około 20 proc. mniejsza niż przed rokiem. Wyniki całego kwartału ratuje marzec, kiedy cały rynek urósł o 1,7 mld zł w stosunku lutego. W niektórych bankach wraz z zimowymi lodami ruszyła sprzedaż kredytów.

Multibank podwoił ją do 203 mln zł. Mocno ospały mBank z tej samej grupy podpisał umowy za 101 mln zł (przy 52 mln zł w lutym). W Nordei sprzedaż wzrosła do 304 mln zł, a BZ WBK o 100 mln zł, do 170 mln zł. Eurobank niemal podwoił sprzedaż — do 60 mln zł, Lukas podpisał umowy za 81 mln zł. Wiosna przyszła nawet do Banku BPH, w którym klienci pożyczyli 18 mln zł.

— Ku mojemu zaskoczeniu, rekomendacja T nie spowodowała tak dużych ograniczeń w dostępie do kredytu, jak wydawało się wcześniej. Na rynku pojawia się nowy typ klienta. Nie jest to już spekulacyjny klient, który kupuje mieszkanie, żeby je sprzedać, ale nabywa je na własny użytek — mówi Krzysztof Spyra, wiceprezes Getin Noble Banku.

Uważa, że sytuacja dla kredytobiorców już dawno nie była tak sprzyjająca. Z jednej strony — podaż mieszkań systematycznie wzrasta, co przekłada się na ceny. Z drugiej — klienci mogą się finansować niedrogim, prawie tak tanim jak przed kryzysem, kredytem.

Zmienił się klient, ale również banki inaczej traktują kredyt niż trzy lata temu. Remigiusz Falkowski, szef bankowości hipotecznej w Pekao, zwraca uwagę na rosnącą sprzedaż kredytów złotowych. Nawet banki tak mocne w walutach obcych, jak Deutsche Bank PBC czy Nordea coraz więcej pożyczają w rodzimej walucie.

— Trwa walka o udziały w rynku klientów, a nie o szybkie przychody. Kredyt hipoteczny nie jest produktem wysokomarżowym, chociażby w porównaniu z pożyczkami gotówkowymi. Jest jednak produktem-kotwicą, który trzyma klienta przy banku. Staje się platformą do sprzedaży kolejnych usług i produktów, do rozwoju dalszej współpracy — mówi Remigiusz Falkowski.

Mimo ostrej konkurencji, pole do dalszych obniżek cen są, zdaniem bankowców, ograniczone. Piotr Zawadzki uważa, że nawet jeśli marże będą niskie, to łączny koszt kredytu, po uwzględnieniu wydatków na zakup różnych dodatkowych produktów wymaganych przez banki, nie będzie mały.

— Raczej mówimy o kosmetycznych zmianach, bo marże są już dość niskie — mówi Krzysztof Spyra.

Nasi rozmówcy są natomiast zgodni, że 2011 r. będzie dobry dla rynku kredytów mieszkaniowych. Mimo słabego początku, wzrost o 10 proc. w całym roku wydaje się do zrealizowania. W 2010 r. banki sprzedały kredytów za 48,6 mld zł. Sprzedaż znowu będzie napędzał strach. Program "Rodzina na swoim" zostanie okrojony później, niż się zanosiło, i dla wielu osób może to być ostatnia okazja na korzystnie oprocentowany kredyt.

Jesienią pojawi się kolejny straszak. Nad rynkiem krąży już widmo rekomendacji S kwadrat, która może ograniczyć zdolność kredytową części zainteresowanych kredytem hipotecznym.

Nadchodzi złota

era mieszkaniówki

Rośnie popyt na mieszkania. Deweloperzy kuszą klientów rekordową liczbą 40 tys. lokali.

Tomasz Panabażys

wiceprezes JW Construction Holding

Dzisiejszy popyt na mieszkania oceniam jako stabilny, z szansą na wzrost. W najbliższym czasie wprowadzimy do sprzedaży nowe inwestycje, by urozmaicić ofertę lokali gotowych do zamieszkania.

W czasie kryzysu prowadziliśmy prace nad dużą liczbą mieszkań, co zapewniło podaż i dobrą sprzedaż w 2010 r., czyli w okresie, w którym po raz pierwszy obserwowaliśmy ożywienie na rynku.

Rozpoczynanie w ostatnich miesiącach licznych inwestycji przez pozostałych deweloperów wiązałbym raczej z koniecznością zbudowania oferty niż z wyraźnym wzrostem zainteresowania kupujących.

Paweł Sztejter

partner w firmie REAS, która doradza deweloperom

Rynek mieszkaniowy znajduje się na początku długiego cyklu wzrostowego, który powinien potrwać do 2015 r. Obecnie sprzedaż mieszkań jest na średnim poziomie z ostatniej dekady, co jest wynikiem dobrym i po okresie stabilizacji powinna rosnąć, o ile sytuacja ekonomiczna Polski będzie się poprawiać.

W I kw. tego roku w sześciu największych miastach Polski sprzedano blisko 8 tys. lokali. To wynik nieco lepszy niż w poprzednim kwartale, co napawa optymizmem, bo zwykle początek roku jest najsłabszy.

Deweloperzy na fali wzrostowej czują się już dość pewnie — po okresie wstrzymywania inwestycji wprowadzają teraz na rynek rekordową liczbę nowych mieszkań. Łączna ich oferta w sześciu największych miastach wynosi ponad 40 tys. lokali i jest wyższa niż w przededniu kryzysu 2008 r.

Izabella Łukomska-Pyżalska

wiceprezes spółki deweloperskiej Family House

W I kw. sprzedaliśmy 76 mieszkań, wobec 60 w IV kw. 2010 r. To dobry wynik, świadczący, że podwyżka podatku VAT nie zahamowała popytu. Nieco zmieniły się preferencje klientów: dziś najbardziej popularne są kawalerki i małe mieszkania z trzema pokojami.

Co ciekawe, zauważam także powrót klientów, którzy kupują mieszkania inwestycyjne, bez kredytu. Nie obawiam się zmian w programie "Rodzina na swoim", bo nasza spółka buduje mieszkania tanie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg

Polecane