Wirtualny ogród i prawdziwy biznes

Magdalena Laskowska
opublikowano: 2005-10-26 00:00

Baseny, ogrody wodne, skalne, stawy, kaskady, trawniki, oczka wodne — oto oferta Wirtua Garden. A wszystko za sprawą kilku pomyłkowych maili.

Sebastian Fotyniuk i Roman Bloch poznali się w szkole średniej. Potem Sebastian rozpoczął studia (gospodarkę internetową), chciał być informatykiem. Roman wybrał handel zagraniczny.

Drogi obu panów ponownie zeszły się w 2001 r., wtedy podjęli decyzję o rozpoczęciu współpracy. Założyli pierwszą firmę, robili strony internetowe na zamówienie.

— Wynajęliśmy biuro, zarejestrowaliśmy stronę i otworzyliśmy swój pierwszy interes — wspomina Sebastian Fotyniuk.

Jednak dość szybko zmienili branżę... Pewnego razu bowiem zgłosił się do nich ogrodnik, który zamówił stronę. Panowie ją zrobili i umieścili na serwerze. Niestety, ogrodnik nie chciał im zapłacić za wykonaną pracę, więc strona pozostała w posiadaniu twórców.

— Któregoś dnia na stronę przyszło zapytanie do naszego niedoszłego klienta — w sprawie ogrodu. Na początku zignorowaliśmy maile do nieuczciwego ogrodnika. Jednak po kilku dniach dostaliśmy kolejne e-mailowe pytanie o ogród. Doszliśmy do wniosku, że może warto samemu spróbować pobawić się w ogrodnictwo — wspominają z uśmiechem wspólnicy.

Ogrodniczy debiut

Był rok 2002. Ogrodnictwo było dla nich czymś zupełnie nowym. Zaczynali od zera, sami wykonywali pierwsze zlecenia, przy pomocy jednej łopaty i taczki, bo tylko takim sprzętem dysponowali. Trenowali na ogrodach swoich rodziców. Branżę poznawali powoli, dzięki książkom, czasopismom branżowym i doświadczeniu innych.

— Nie skończyliśmy żadnych kursów, szkoleń, uczyliśmy się sami metodą prób i błędów — wspominają.

Początki zapowiadały się trudne. Zainteresowanie było małe, zarobki także.

— Jeżeli cokolwiek udało się nam odłożyć, to kupowaliśmy nowe narzędzia: taczki, grabie itd. Mój tata ma dom i ogród. Pożyczałem od niego narzędzia do momentu, kiedy dorobiłem się własnych — mówi Sebastian Fotyniuk.

W rok po rozpoczęciu działalności wspólnicy doszli do niezbyt odkrywczego wniosku, że najlepiej zarabia się na dużych projektach u bogatych ludzi lub firm.

— Zapożyczyliśmy się i wszystko postawiliśmy na jedną kartę. Zainwestowaliśmy w reklamę w gazetach branżowych, na którą wydaliśmy majątek, ale opłaciło się. Wzbudziliśmy zainteresowanie, zaczęli dzwonić do nas klienci — wspomina Sebastian Fotyniuk.

Obecnie Wirtua Garden zatrudnia wykształconych ogrodników, architektów. Ma firmowe samochody ciężarowe, osobowe i odpowiedni sprzęt. Może pochwalić się wieloma imponującymi ogrodami, oczkami wodnymi i basenami.

Klient nasz pan

— Często pracujemy dla artystów, którzy mają nieco inne wymagania niż przeciętny Kowalski. Najbardziej oryginalną pracę wykonywaliśmy dla pewnego aktora, który zażyczył sobie ogród z motywami japońskimi, egipskimi i meksykańskimi. Zbudowaliśmy więc małą piramidę i miniogród japoński. Inna gwiazda chciała mieć jacuzzi w stawie. Staramy się spełniać wizje każdego klienta, bo klient nasz pan — opowiadają wspólnicy.

Klientami Wirtua Garden są m.in.: Carrefour Reduta, Finlandia Polska, Pac Centrum, Sanechem.