Współpraca pomaga bronić się przed sieciami

Sylwia WedziukSylwia Wedziuk
opublikowano: 2014-12-03 00:00

Handel: Rozwoju zachodnich korporacji na naszym rynku nie ogranicza prawo. Małe firmy zrzeszają się, by mieć większą siłę przebicia

Niektóre kraje Unii Europejskiej już dawno zorientowały się, że rozwój wielkich sieci handlowych ma niekorzystne skutki uboczne. Zwykle dotykają one małych firm handlowych. Francja już w 1993 r. wprowadziła ustawę Super Loi Royer, która limituje powstawanie nowych dużych sklepów, by chronić małe. Dzisiaj na wybudowanie albo powiększenie obiektu wielkopowierzchniowego trzeba uzyskać zgodę specjalnej komisji.

iStock

Nie ma i nie będzie

W Portugalii o uruchomieniu obiektu powyżej 2 tys. mkw. decyduje sam minister odpowiedzialny za sektor handlu wewnętrznego, w Hiszpanii zezwolenie wydaje 17 regionów autonomicznych, a w Grecji Rada Urzędu Wojewódzkiego po uzyskaniu opinii komisji społeczno-gospodarczej i samorządu.

Nawet Wielka Brytania powołała Komisję Konkurencji, która ściga z urzędu wszelkie nieuczciwe zachowania sieci wielkopowierzchniowych wobec małych i średnich przedsiębiorstw. W Niemczech budowę superi hipermarketów kontroluje znacznie rozbudowana i skomplikowana ustawa o zagospodarowaniu przestrzennym. W Polsce nie ma prawa, które w jakikolwiek sposób panowałoby nad rozwojem wielkich sieci i napływem zagranicznego kapitału do naszego kraju.

— Nie ma też żadnych działań w tym kierunku. Wielokrotnie zwracaliśmy się do rządu i innych instytucji państwa z problemem braku polityki handlu w celu zrównoważonego rozwoju różnych jego form. Nie spotkało się to z żadnym odzewem — mówi Waldemar Nowakowski, prezes Polskiej Izby Handlu.

Ministerstwo Gospodarki w odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie ma u nas takich rozwiązań, powołuje się na zasadę swobody działalności gospodarczej, którą zakłada nasza konstytucja i która może być ograniczona tylko w wyjątkowych przypadkach. Zwraca też uwagę na Ustawę o ochronie konkurencji i konsumentów, która ma hamować najgroźniejsze zachowania przedsiębiorców.

— Konkurencja między sklepami tradycyjnymi i handlem średnio- oraz wielkopowierzchniowym pozwala klientom na optymalizację konsumpcji, w szczególności wybór korzystnej ceny produktu oraz formy zakupu — twierdzi Ministerstwo Gospodarki.

Zatem zagraniczne sieci na naszym rynku nie miały, nie mają i nie będą miałyżadnych przeszkód. Małym polskim przedsiębiorstwom najtrudniej walczyć z dyskontami, które mają ograniczony asortyment i bezkonkurencyjnie niskie ceny. Walka z góry jest przegrana, i to nie tylko dla właścicieli małych sklepów, ale również producentów. Ci, żeby żyć, muszą sprzedawać swoje produkty w dyskontach. Ale żeby w nich zaistnieć, muszą spełnić ich warunki i żądania. W efekcie często sprzedają po mocno zaniżonych cenach.

— Tym sposobem narasta problem rentowności polskiego biznesu — twierdzi Izabela Turowska, prezes Hurtowni Kosmetyków I.R. T&T.

Inwazja Biedronek

Na naszym rynku działa 2,5 tys. Biedronek. Do końca przyszłego roku będzie ich 3 tys.

— Biedronki powstają już nie tylko w miastach czy miasteczkach, ale nawet w miejscowościach gminnych — zauważa Paweł Antoszek, prowadzący na Facebooku akcję Stop Dyskontom. Sprzedaż Jeronimo Martins, właściciela Biedronki w Polsce, w 2013 r. sięgnęła ok. 30 mld zł, podczas gdy cały nasz handel to ok. 200 mld zł. A mamy na swoim poletku także inne zagraniczne sieci, też z dużymi ambicjami.

Choćby niemiecki Lidl, z ponad 500 sklepami. Zgodnie z danymi firmy badawczej PMR, w 2008 r. sieci dyskontowe miały udział w polskim handlu rzędu 7,7 proc., w 2013 r. już 17,4 proc., a w tym roku może on wynieść 18 proc. NBP wyliczył, że zagraniczne sieci handlowe w 2013 r. wytransferowały z Polski 1,5 mld EUR tytułem dywidendy. Nikt nie policzył, ile wypłynęło z naszego kraju w postaci różnych opłat na przykład na rzecz firm matek. Jednocześnie z rynku znika coraz więcej drobnych przedsiębiorców.

— W tym roku może zostać zamkniętych aż 8 tys. małych placówek prowadzonych przez polskie firmy — apeluje Paweł Antoszek. Polska Izba Handlu informuje, że jedno miejsce pracy w przykładowym dyskoncie likwiduje 3-4 w dotychczasowych strukturach handlu.

Ratunek na własną rękę

Przedsiębiorcy nie siedzą jednak z założonymi rękami, tylko próbują się ratować. Najczęściej po prostu łącząc się w sieci, bo tylko w grupie mają szanse zbudować siłę, by negocjować niższe ceny z dostawcami czy zgromadzić kapitał na wspólne akcje marketingowe. Taką inicjatywę w 2010 r. zainicjowała Hurtownia Kosmetyków I.R. T&T, tworząc razem z innymi firmami z branży sieć placówek detalicznych branży drogeryjnej Sekret Urody — Drogerie Blisko Ciebie, w reakcji na pogrom, który co roku dotyka kilkuset drogerii. Według szacunków ekspertów, w najbliższych latach będzie ich znikać ok. 500-600 rocznie. Do tej pory do sieci przystąpiło ok. 140 placówek. Zrzeszone drogerie prowadzą wspólne akcje marketingowe — w telewizji, internecie i w postaci gazetek promocyjnych.

— W celu poprawy standardów obsługi ruszyliśmy również z programem e-learningowym, w którym szkolimy ekspedientki z zakresu wiedzy produktowej oraz umiejętności sprzedażowych. Negocjujemy też jednakowe stawki dla wszystkich uczestników sieci za np. radio internetowe, które emituje także reklamy współpracujących producentów — opowiada Izabela Turowska.

Organizacja zachęca konsumentów również ściągając do swoich drogerii z Hiszpanii i Francji produkty, których nikt jeszcze nie ma. Stworzyła też własną markę o nazwie Miss X, której produkty dostępne są tylko w sklepach sieci. Kłopot z napływem silnego kapitału z zagranicy dotyka nie tylko branży spożywczej i kosmetycznej. Oddech konkurencji z Zachodu na plecach poczuła także branża… fitness.

Wywodzący się z niej Robert Kamiński dostrzegł, że ten rozwijający się w Polsce rynek coraz chętniej zagospodarowują zagraniczne sieci, wiedząc, że nasz fitness jest bardzo rozdrobniony, młody, a sam rynek — niezwykle perspektywiczny. Założył więc Polski Związek Pracodawców Fitness, który działa od maja, ale zdążył już zrzeszyć ponad 100 polskich klubów, które wspólnie będą tworzyć grupy zakupowe, uczyć się funkcjonowania na zmieniającycm się rynku i wymieniać doświadczeniami.

Usieciowieni

Podobne inicjatywy na naszym rynku tworzą się już od dawna. — Już w 1994 r., kiedy pierwsze zagraniczne sieci wchodziły do Polski, powstawały organizacje integrujące hurt i detal — mówi Waldemar Nowakowski. Najwięcej podmiotów zrzesza się w branży spożywczej. Jedną z największych sieci jest ABC, konsolidująca ok. 6 tys. placówek handlowych.

Co prawda właścicielem sieci jest zagraniczny Eurocash, ale tworzą ją polscy mali przedsiębiorcy, którzy dzięki temu radzą sobie na rynku. Do grupy należy także m.in. ogólnopolska sieć handlowa Lewiatan z ok. 2,8 tys. placówek, sieć samoobsługowych sklepów Groszek z ponad 1200 placówkami, sieć Delikatesy Centrum z ponad 600 sklepami i Euro Sklep z ponad 500 placówkami. Stricte rodzimą inicjatywą jest Grupa GK Specjał, która w modelu franczyzowym rozwija sklepy pod szyldami m.in. Nasz Sklep, Delikatesy Premium Nasz Sklep, Sezam oraz Livio.

Ich liczba przekracza już 4 tys., a do 2017 r. planuje otworzyć kolejnych 1500. Od 2009 r. działa także grupa Chorten, sieć sklepów spożywczych z polskim kapitałem, która liczy ponad 500 sklepów. Sklepy powstają głównie w województwie podlaskim, lubelskim i mazowieckim. Mamy też Polską Grupę Supermarketów powstałą w grudniu 2002 r., która pod szydlami Top Market, Delica i Minuta8 integruje ponad 400 sklepów.

Ponadto istnieje wiele mniejszych sieci działających lokalnie, np. Topaz, zrzeszająca 80 sklepów, czy Koniczynka działająca na bazie spółek regionalnych, tworzonych wspólnie ze sklepami z danego regionu, gdzie udziałowcami są właściciele sklepów. Oryginalność Koniczynki polega na tym, że wszystkie pieniądze, które wypracowują sklepy należące do sieci, pozostają w nich i są przeznaczane na rozwój sklepów w regionach, w których działają.

Nadzieja w konsumentach

Czy jednak łączenie się w sieci zaradzi problemowi dominacji dużych sieci? Zdaniem Waldemara Nowakowskiego, przedsiębiorcy, którzy w odpowiednim czasie się zrzeszyli, dzisiaj sobie na rynku radzą. Pytanie tylko, jak długo.

— Praca w takim otoczeniu rynkowym jest bardzo trudna. Zachodnie sieci próbują wypierać nas z rynku. Ich placówki pojawiają się nawet w miejscowościach o liczbie mieszkańców ponizej 10 tys. Mam własny sklep w miejscowości, która liczy 7 tys. mieszkańców, a naprzeciwko stoi Rossmann, którego lokal przekracza 350 mkw. Nie każdy jest w stanie to wytrzymać. W tym roku wiele kolejnych drogerii przygotowuje się do zamknięcia działalności — mówi Izabela Turowska.

Przedsiębiorcom oprócz łączenia się w sieci pozostaje wiara w konsumentów. W tym duchu działa absolwent prawa Paweł Antoszek, który w ramach akcji Stop Dyskontom na Facebooku w regularnych wpisach wyjaśnia skutki dominacji dyskontów. Przedstawiciele akcji ze swoim przesłaniem wyszli także na ulicę, gdzie pojawiły się plakaty informujące, że zagraniczne sieci handlowe drenują polski rynek z kapitału i zwiększają bezrobocie. Chcieliby działać na coraz większą skalę, liczą na współpracę z różnymi organizacjami i stowarzyszeniami. Ogranicza ich jednak brak pieniędzy.

— W ostatnich miesiącach pojawiły się akcje rewitalizacji polskich śródmieść, które mają m.in. odtworzyć tkankę lokalnej przedsiębiorczości. Tyle że często w najbliższym otoczeniu ma zacząć działać lub już działa kolejny dyskont. Istny paradoks — mówi Paweł Antoszek.