Wyborcze miliony ulatują w gwizdek

opublikowano: 30-10-2018, 22:00

Wszystkich Świętych to wyjątkowa data, wyciszająca wszelkie spory. Ale już w Dzień Zaduszny znowu one eksplodują — wszak piątek to finisz kampanii przed dogrywką wyborczą 4 listopada.

Dotyczy ona 649 gmin/miast, czyli tylko 26,2 proc. wszystkich, ale propagandowa machina władców kraju zachowuje się podobnie jak przed 21 października. Nie ustaje werbalne rozdawnictwo pieniędzy z centralnego budżetu, które zostaną uruchomione, jeśli w danym mieście wygra kandydat tzw. dobrej zmiany. Pierwsza tura potwierdziła jednak, że efektywność wielomilionowych obietnic, mierzona w urnach, okazuje się bardzo niska. Można ją przeanalizować na trzech przykładach głośnych inwestycji centralnych o wielkim znaczeniu lokalnym.

Najbardziej
politycznego słupka Polski już dawno nie ma. Został wyrwany przez sztorm, ale być
może wcześniej przez złomiarzy.
Zobacz więcej

Najbardziej politycznego słupka Polski już dawno nie ma. Został wyrwany przez sztorm, ale być może wcześniej przez złomiarzy. Fot. Łukasz Dejnarowicz-Forum

Charakterystyczna jest sytuacja w Świnoujściu, gdzie faktycznie dzięki rządowi PiS rozpoczęła się budowa tak oczekiwanego tunelu. Niestety dla idei tzw. dobrej zmiany, północno-zachodnia rubież Polski to bastion wcale nie KO, lecz dinozaura — SLD. Wywodzący się z tego ugrupowania, chociaż dawno odpępowiony prezydent Janusz Żmurkiewicz wygrał za pierwszym podejściem, notabene za nim była oficjalna kandydatka SLD, a PiS zaistniało tylko szczątkowo. Bardziej szokujący okazuje się jednak wynik w Elblągu, gdzie cała polityczna para napędzająca przekop Mierzei Wiślanej uleciała w gwizdek. Forsowany przez PiS kandydat Jerzy Wilk, z uzyskiem głosów z pierwszej tury 28,69 proc., nie ma szans z Witoldem Wróblewskim, który z wynikiem 48,78 proc. był bliski reelekcji już 21 października. Słynny słupek, wbity przez Jarosława Kaczyńskiego na plaży mierzei, nie chciał doczekać do porażki w uszczęśliwianym na siłę przekopem Elblągu i oddał się sztormowemu morzu — chociaż krąży również wraża wersja, że szybsi byli złomiarze.

Zdecydowanie najciekawsza sytuacja przed 4 listopada panuje w Radomiu. Czternaste w ogóle, a trzecie niewojewódzkie miasto Polski jest bowiem jedynym powyżej 200 tys. mieszkańców, w którym kandydat PiS ma teoretyczne szanse. Przecież w możliwość sukcesu np. Małgorzaty Wassermann w Krakowie czy Kacpra Płażyńskiego w Gdańsku nie wierzy żaden partyjny realista. Tymczasem w Radomiu wiceminister Wojciech Skurkiewicz przegrał z prezydentem Radosławem Witkowskim nieznacznie — relacja procentowa 40,40 do 45,47 jest możliwa do odrobienia. Dlatego na największe uczestniczące w dogrywce miasto spadł deszcz finansowych obietnic. Najważniejszy pozostaje wątek portu lotniczego Radom Sadków, przekształconego już wiele miesięcy temu w lokomotywę, na której wjechać ma tzw. dobra zmiana. Fatalnie położone, w stosunku do rozrastającego się organizmu miejskiego, lotnisko miałoby otrzymać bezkolizyjne połączenie drogowe z krajową ekspresówką z Warszawy do Krakowa. O szybkim połączeniu kolejowym nikt nie wspomina, bo do Sadkowa prosto z warszawskiego Okęcia pociągiem dojechać się nie da, chyba że z tzw. cofką. W kontekście milionowych obietnic ciekawa jest odpowiedź na pytanie — jaki będzie los tych pieniędzy, gdy w niedzielę wieczorem starym/nowym prezydentem okaże się człowiek PO? Obstawiam, że fatalna koncepcja tzw. rezerwowego portu dla Warszawy Okęcia właśnie w Radomiu Sadkowie będzie jednak brnęła. Przecież już w 2019 r. kolejne wybory, a inwestycję pompują nie samorządowcy, lecz miejscowi baronowie PiS z Sejmu i Senatu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Polityka / Wyborcze miliony ulatują w gwizdek