Wyniki uzupełniających wyborów do Senatu na Podkarpaciu opozycja uznała za sygnał ostrzegawczy dla obecnego rządu. Wygrał je kandydat PiS Stanisław Zając. Można by się było z tą diagnozą zgodzić, pod warunkiem że przyjmiemy, iż ów sygnał ostrzegawczy rozlega się dla rządu PO od lat. Rozlegał się na długo przedtem, zanim powstała Platforma Obywatelska, o dojściu do władzy nie wspominając.
Podkarpacie to twierdza elektoratu konserwatywnego. Porażka kandydata PO w tym okręgu nie jest niespodzianką. Wręcz przeciwnie, gdyby kandydat PO wygrał, byłby to gwóźdź do trumny PiS — bo skoro nawet tam ta partia nie potrafiłaby wygrać, to gdzie? W dodatku Stanisław Zając — zwycięzca owych wyborów — nie jest politycznym „spadochroniarzem”, ale postacią w tamtym okręgu znaną i szanowaną.
W jesiennych wyborach 2007 r, kiedy PO była na fali, dwóch kandydatów PiS zdobyło 240 tys. głosów, jedyny kandydat PO niespełna 100 tys. (mniej od każdego z kandydatów PiS). Podobne proporcje między partyjnymi elektoratami były także w niedzielnych wyborach. Prawo i Sprawiedliwość utrzymuje mocną pozycję na scenie politycznej, jednak teza o odwróceniu politycznego trendu wydaje się przedwczesna. A na pewno dowodem na jej potwierdzenie nie są wybory na Podkarpaciu.
Adam Sofuł