Miało być nieźle, wyszło jak zwykle. Znowu okazało się, że pozostawiona własnemu losowi, mocno odchudzona z kapitału GPW potrafi płatać figle, niestety chętniej te z gatunku nieprzyjemnych. Można było odnieść wrażenie, że warszawscy inwestorzy już teraz zaczęli w popłochu zamykać pozycje przed majową przerwą, nie chcąc przywitać nowego miesiąca z akcjami w portfelu. Trudno bowiem było się doszukać jakichś bardziej racjonalnych motywów ich wczorajszego zachowania.
Sytuacja zewnętrzna nie budziła szczególnych obaw. Wczoraj rynek amerykański dzielnie zniósł napór podaży i zdołał wybronić się przed przeceną. Nie zmogły go nawet fatalne wyniki Bank of America.
Dzisiaj zaś przed otwarciem sesji kilka sztandarowych spółek ogłosiło za oceanem dobrze przyjęte raporty kwartalne. Takie tuzy jak DuPont, AT&T czy McDonalds pochwaliły się ponad 20 proc. wzrostem zysków w ujęciu rocznym. Nastroje w USA nie były może szczególnie różowe z racji chociażby bliskości ważnego oporu, słabnącego dolara i drożejącej znowu ropy, ale z pewnością daleko im było do depresji, która opanowała warszawski rynek.
Pierwsze kroki indeksów GPW nie zapowiadały fatalnego zakończenia. Neutralne otwarcie sugerowało raczej kontynuację meczącej konsolidacji w bezpiecznej odległości od wsparcia. Taki w istocie charakter miała przedpołudniowa część sesji, kiedy po krótkiej korekcie w reakcji na słabsze dane o sprzedaży detalicznej Wig20 wrócił do porannego punktu wyjścia. Wkrótce jednak nad parkietem zaczęły się zbierać ciemne chmury, napływające od strony sektora małych i średnich firm.
Od dłuższego czasu widać było podażową determinację inwestorów działających w tym segmencie rynku. Nawet gdy blue chipy zyskiwały, w tabelach mniejszych spółek dominowała czerwień. Zanosiło się na przesilenie. Dzisiaj w końcu do niego doszło, a dość dramatycznie chwilami wyglądająca kapitulacja popytu pogorszyła nastroje na całym rynku. Osłabienie zainfekowanych pesymizmem blue chipów wykorzystała strona podażowa, która za pomocą zleceń koszykowych doprowadziła do gwałtownej przeceny Wig20 i mogła zgarnąć szybki zysk ze sprzedanych odpowiednio wcześniej kontraktów terminowych.
Poziom 2900 pkt. został przełamany przez uciekający tłum, ale pod koniec sesji przyszło otrzeźwienie i Wig20 zdołał potężnym podskokiem zakończyć dzień tuż nad tą linią. Do pewnego odreagowania doszło też na mWig40 i sWig80, ale oczywiście cała sesja miała bardzo negatywną wymowę – aż siedmiokrotnie więcej spółek spadło niż wzrosło. Obroty nieznacznie przekroczyły 1 mld. zł.
Gdyby nie małe obroty i fakt, że szeroki rynek spadał już od dłuższego czasu można by podejrzewać, że inwestorzy przestraszyli się nagle perspektywy pogorszenia wyników mniejszych spółek. Są w końcu ku temu racjonalne podstawy.
Marcowe dane z gospodarki nie nastrajają optymistycznie. Po danych świadczących o osłabieniu przemysłu dzisiaj negatywnie zaskoczyły wyniki marcowej sprzedaży detalicznej. To psuje scenariusz zakładający pokrycie przez rosnący popyt wewnętrzny ubytków w eksporcie spowodowanych zbyt silnym złotym. Co gorsza, dane z rynku pracy sugerują w najbliższym czasie utrzymanie rosnącego trendu kosztów płacowych. Bezrobocie spadło, a wzrost wynagrodzeń w przemyśle dwukrotnie przewyższył wzrost wydajności pracy. Jeśli dodać do tego rosnące koszty zaopatrzeniowe, perspektywa firmowych zysków nie rysuje się nazbyt różowo.
Więcej jednak wskazuje na to, że nadal główną w przecenie rolę grają czynniki psychologiczne, nie zaś racjonalne. Po tak silnej wyprzedaży znaczna część ewentualnych złych wieści wydaje się być już zawarta w cenach akcji małych i średnich firm. Oczywiście jeśli w drugim półroczu nie dojdzie do ożywienia koniunktury za granicą, obecne wyceny akcji okażą się zapewne zbyt wysokie. Do tego jednak dość daleko.
Na razie największym problemem rynku jest dolar i drożejące surowce, szczególnie ropa. Bańka na rynku surowcowym zagraża stabilności rynków akcji i może zniweczyć podejmowane przez władze monetarne próby złagodzenia skutków kryzysu. Wydaje się, że coraz bliższy jest moment, gdy na ostrzu noża stanie sprawa kursu amerykańskiej waluty i ewentualnego porozumienia w sprawie jej wzmocnienia, na wzór porozumienia z Luwru z roku 1987.
Problem jednak w tym, że obecne rynki walutowe niemal w niczym nie przypominają tamtych, a wpływ na nie rządów i władz monetarnych jest o wiele mniejszy.