Jerzy Kowalewski twierdzi, że był karany jedynie mandatami drogowymi i — raz — grzywną za niewielkie naruszenie prawa dewizowego. Prawda wygląda inaczej.
Dotarliśmy do akt śledztwa, prowadzonego przez Urząd Ochrony Państwa i prokuraturę w latach 1992-97. Dotyczyło ono największej ze spółek Jerzego Kowalewskiego — Konsbudu. Jeszcze w 1989 r., dzięki Krzysztofowi Kiwerskiemu (teść Kowalewskiego: emerytowany wojskowy, w czasach PRL członek Akademii Sztabu Generalnego) Konsbud otworzył skład celny w jednostce wojskowej w Rembertowie. Przechodziły przez niego hurtowe ilości przypraw kuchennych, Pepsi, Coca-Coli, butów sportowych, konserw, kaset audio i wideo czy instrumentów klawiszowych. Efekt? W 1991 r. Konsbud jako holding wykazał astronomiczne obroty — 2 biliony starych złotych (200 mln nowych złotych).
I potrzebował coraz więcej kapitału. Od czerwca do grudnia 1991 r. w Pekao SA i BRE wziął trzy kredyty o kolosalnej wówczas wartości 7,9 mln USD (88,7 mld starych złotych). Pieniądze miały pójść na uruchomienie produkcji butelek, napojów i palarni kawy.
Zakup
Jeden kredyt Konsbud wykorzystał do zakupu linii do paczkowania kawy, za którą, jak twierdził, zapłacił 1,96 mln USD (22,1 mld zł). Biegły wynajęty przez prokuraturę oszacował, że kosztowała ona 2,3 mld zł, czyli prawie dziesięć razy mniej! Śledczy zadali sobie wiele trudu i przyjrzeli się dostawcy: firmie Hostag z Liechtensteinu. Okazało się, że jej właścicielem jest… Jerzy Kowalewski.
Z prawie 6 mln USD z dwóch pozostałych kredytów aż 1,3 mln USD także trafiło za granicę. Do Konsbudu Wiedeń — austriackiej spółki, której większościowym udziałowcem był… Jerzy Kowalewski. Pozostałe 4,6 mln USD także poszło na cele inne niż wymienione we wnioskach kredytowych, m.in. na uruchomienie Domu Handlowego Arka (dziś mieści się tam Traffic Club) i na zakup przez Jerzego Kowalewskiego akcji ŁDA Invest (spółki, która przejęła opisywane przez nas dziś MPRWiK i PBSC).
Konsbud kredytów nie spłacił, już w 1992 r. wykazał 100 mld zł strat i stracił płynność. Wtedy jego majątek przejęło kilkadziesiąt firm, które Kowalewski nazywał „organizacją”. Syndycy kilku z tych spółek przed sądem mówili wprost, że „organizacja” ta miała „charakter mafijny”, a sposób wyprowadzenia majątku z Konsbudu nazywali „przestępczym”.
Sam Kowalewski twierdzi, że winę za upadek Konsbudu ponosi urząd skarbowy, który niesłusznie zablokował konta spółki.
Na wokandzie
Pięcioletnie śledztwo, podczas którego przesłuchano ponad 100 świadków, zaowocowało aktem oskarżenia. Mimo że akta sprawy liczyły 33 tomy, sąd wydał wyrok już na pierwszej rozprawie. Powód? Jeszcze przed rozpoczęciem procesu Jerzy Kowalewski zobowiązał się spłacić bankom przynajmniej część długów Konsbudu.
W czerwcu 1998 r. spółka zawarła układ z wierzycielami, obejmujący blisko 45 mln zł i przewidujący redukcję aż o 85 proc. Jerzy Kowalewski w trzech ratach do czerwca 2000 r. miał wyłożyć z kieszeni 6,7 mln zł. Złożył nawet przed sądem stosowne oświadczenie. I we wrześniu 1998 r., zgodnie z terminem, wypłacił pierwszą ratę — ponad 2 mln zł.
Pełnomocnicy szefa Konsbudu powołali się na to i zaproponowali prokuraturze ugodę. Zgodnie z ich propozycją Jerzy Kowalewski był oskarżony już nie o posługiwanie się fałszywym dokumentem, poświadczenie nieprawdy i wyrządzenie bankom szkody na 7,9 mln USD, a jedynie o to, że przeznaczając 1,96 mln USD na zakup linii do paczkowania kawy, przekroczył granice ryzyka gospodarczego. Co do dwóch pozostałych kredytów, to pozostał zarzut wykorzystania ich niezgodnie z przeznaczeniem, co doprowadziło do bankructwa Konsbudu.
Na ugodę musieli zgodzić się też pokrzywdzeni. Po zmianie zarzutów nie były to już banki, ale Konsbud. Jego ówczesny szef (dobry znajomy Kowalewskiego — Ryszard Markiewicz) powiedział: tak. To samo zrobiła prokuratura i 26 listopada 1998 r. Jerzy Kowalewski za powyższe zarzuty i kilka naruszeń prawa dewizowego skazany został na 30 tys. zł grzywny. On sam dziś zarzeka się, że w najważniejszym wątku sprawy został uniewinniony, a na grzywnę zgodził się tylko dlatego, że chciał uniknąć długotrwałego procesu.
Spłaty
Przed ogłoszeniem wyroku Jerzy Kowalewski powiedział przed sądem, że „wszyscy wierzyciele firmy Konsbud zostali zaspokojeni”. Nie było to prawdą. Wbrew złożonemu oświadczeniu właściciel Konsbudu nie spłacił trzeciej raty układu. W efekcie w październiku 2002 r. układ uchylono, a rok później Konsbud upadł.
Najgorzej na interesach z Jerzym Kowalewskim wyszedł Kredyt Bank, który gwarantował spłatę pożyczki, jaką Konsbud zaciągnął w Pekao. Zamiast 15,1 mln zł dostał dokładnie 1535,39 zł!
Dziś Jerzy Kowalewski nie pamięta, co dokładnie powiedział o spłacie wierzycieli, ale twierdzi, że chodziło mu o to, że został zawarty układ. Nieskuteczność układu tłumaczy tym, że spaliła na panewce transakcja sprzedaży jednej z jego firm. A, jak zapewnia, to z tej transakcji miały pochodzić środki na spłatę trzeciej raty.
