Normalnie człowiek nie daje łapówek. I nie bierze. Taka prawda…
Urodzeni w latach 70. Ponoć zakochani w pieniądzu, karierze i nowych technologiach. Kolaboranci z czasów PRL-u mówią o nich: Polacy bez wielkich celów, ideałów, krzty buntu. Nazywani przez socjologów „generacją nic”, „pokoleniem ego”; ludzie zabawy, straconej szansy, duchowej pustki. Nie dla nich polityczne świeczniki. Bardziej obywatelscy, zgrupowani w organizacjach pozarządowych. Takich jak Ruch Normalne Państwo…
13. godzina
Mroźny poranek w willi na Starym Mokotowie przy Łowickiej 62. Siedziba kancelarii prawnej Leśnodorski Ślusarek i Wspólnicy. Mocna kawa. Obecni: Anna Zimecka — project manager w Stowarzyszeniu Agencji Reklamowych (SAR), Magdalena Matyszkiewicz — account manager z agencji reklamowej PZL (Przybora Zaniewski Limited) oraz znany skądinąd Bartłomiej Michałowski. Brak przeziębionego Macieja Ślusarka, niepokornego adwokata — zawsze otwartego na współpracę z normalnymi ludźmi. To — rzecz jasna — tylko garstka ludzi stojących za Ruchem Normalne Państwo, który właśnie przeszedł do kontrofensywy. Po dwóch latach ciężkich starań.
— Wstajemy godzinę wcześniej i spotykamy się — jak dzisiaj. Uzgadniamy kolejne kroki, dopinamy zawarte umowy — relacjonuje Anna Zimecka.
— Normalnie pracujemy po 12 godzin dziennie. Trzynastą przeznaczamy na walkę — śmieje się Magdalena Matyszkiewicz.
Menedżerka z PZL opowiada, że przygotowania do drugiego etapu kampanii wypadły w wyjątkowo gorącym okresie. Grudniem wszyscy domykają budżety reklamowe — no i w agencji było mnóstwo roboty. Raz była już tak skołowana, że przez roztargnienie wyrzuciła do śmietnika kluczyki od samochodu. Dopiero w pracy się zorientowała, że ich nie ma.
I jeszcze jedno: dwa miesiące temu urodziła dziecko…
— To dla niego przecież… — szepcze Bartek Michałowski.
Dlaczego przygotowania drugiego etapu akcji Normalnego Państwa z dwóch miesięcy przerodziły się w dwa lata?
— Przeliczyliśmy się… Coraz bardziej brakowało czasu. Okazało się, że trzeba całkowicie zmienić system finansowania. Nie było łatwo wypracować nową koncepcję, która — w sumie — okazała się bardzo prosta: każdy partner akcji płaci za siebie — tłumaczy Michałowski.
Tym razem stowarzyszenie Ruch Normalne Państwo prawie nic nie wydało na drugi etap medialnej wojny z korupcją. Organizatorzy z własnej kiesy wyłożyli wszystkiego jakieś 1200 zł. Tyle kosztował wydruk kilkuset naklejek, materiałów prasowych i wynajęcie sali w warszawskiej kawiarni Chłodna 25. Tam, 17 stycznia 2006 r., podczas spotkania z dziennikarzami ogłoszono ogólnopolską kampanię „Nie daję, nie biorę łapówek”.
Pierwsze razy
Zaczęło się od publicystyki Tomasza Chmala („Konserwatywna rewolucja?” — „Rz” nr 135 z 12.06.02). Adwokat kancelarii prawnej White & Case wbił kij w mrowisko: „Czy potrzeba budowy normalnego państwa to przejaw buntu młodych? Do pewnego stopnia tak. Życie naszych rodziców przypadło na PRL. Szara rzeczywistość zmuszała ich do daleko idących kompromisów. Łapówki i przysługi były sposobem na załatwienie mieszkania, talonu na malucha, dodatkowych kartek na czekoladę, wołowiny bez kości (spod lady). Żelazna kurtyna skutecznie oddzieliła to pokolenie od alternatywy. Często kompromisy zawierali z myślą o nas — młodych. Wielu z nas to zaakceptowało i znalazło się w układzie…”.
Wśród polemik znalazł się list Bartłomieja Michałowskiego. Menedżer z Hewlett-Packard Polska podał adres poczty elektronicznej — kto czuje, że trzeba coś zmienić, niech pisze… Tak powstało stowarzyszenie Ruch Normalne Państwo — 15 młodych, wykształconych, aktywnych zawodowo entuzjastów inicjatywy oddolnej. Efekt: dwa lata później Bartek Michałowski na spotkaniu w redakcji „Pulsu Biznesu” z obłędem w oczach przekonywał, że w Polsce można skutecznie walczyć z korupcją — wystarczy przekonać ludzi… Dziś przyznaje, że czasami sam nie wierzył w swoje słowa i już nie pamięta, że przekonywał do stworzenia normalnego państwa — takiej „IV RP”.
— No, proszę, już kilka lat temu operowaliśmy tym terminem… Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że nie mamy nic wspólnego ani z PiS-em, ani żadną inną partią. Nas polityka nie interesuje — zaznacza Michałowski.
Rankiem 14 stycznia 2004 r. pięść zwinięta w figę — symbol protestu przeciw korupcji — obudziła warszawiaków. Słowa Bartka nabrały sensu. W stolicy ruszyła kampania „Nie daję łapówek”…
Ruch Normalne Państwo wciągnął do walki Stowarzyszenie Agencji Reklamowych. W Warszawie pojawiły się plakaty na 200 przystankach i 40 billboardach, 50 tys. insertowanych naklejek w „Dzień Dobry”, dziesiątki ogłoszeń w prasie, lokalnych rozgłośniach radiowych i TVN 24. Wszystko za 40 tys. zł. Bez sponsorów — z własnej kieszeni. Zwykła zrzuta dobrych ludzi, średnio — po jakieś 1200 zł.
Paweł Tyszkiewicz ze Stowarzyszenia Agencji Reklamowych przekonywał wówczas na łamach „PB” (tekst „Figa znakiem” z 27.02.04), że drugi, ogólnopolski etap akcji ruszy w marcu 2004 r. Miał jednak wtedy świadomość, że duża kampania reklamowa, promująca uczciwość i zachowania obywatelskie, musi być dużo mocniejsza. Szacował, że taka z prawdziwego zdarzenia to potężny budżet, rzędu 500 tys. zł. I znów powiało donkiszoterią, bo na miesiąc przed drugą fazą akcji organizatorzy dysponowali kwotą 0 zł.
— Są zainteresowani... Akcja się podoba. Montujemy koalicję. Po prostu: spotykamy się — nie tracił nadziei Tyszkiewicz.
Niestety. Ambitne plany spełzły na niczym.
Kulturalnie popularni
Nadzieja członków Ruchu Normalne Państwo: niech każdy Polak nalepi figę w widocznym miejscu i manifestuje niechęć do korupcji. Albo, niech chociaż raz pokaże zwiniętą pięść łapówkarzowi… Oni chcą, żeby się przełamać! Czy zdają sobie sprawę do czego tak naprawdę nas namawiają? Do jakich wyrzeczeń?
— Oczywiście! Wszyscy, którzy się zdecydują, będą musieli zapłacić bardzo wysoką cenę. To będzie na początku wszystkich słono kosztowało. Trzeba będzie zapłacić głupi mandat, znieść pokornie bezzasadną kontrolę skarbową, ryzykować życie w kolejce do lekarza. Ale wszyscy muszą zrozumieć, że to przyniesie efekty w dłuższym okresie, że to działanie długofalowe, że za kilka lat nieskorumpowany policjant będzie działał na naszą korzyść! — nie ma wątpliwości Maciej Ślusarek.
Rozpalony gorączką adwokat woła do słuchawki, że nie można dopuścić, by Polska stała się bananową republiką. Nie możemy sięgnąć dna…
— Odnoszę wrażenie, że większość ludzi daje łapówki, sądząc, że wszyscy dają… Dlatego brną w korupcję coraz bardziej. Trzeba ich jak najszybciej wyprowadzić z błędu! — apeluje Ślusarek.
Stowarzyszenie liczy tylko 15 osób. Takie było minimum, by się zarejestrować i mieć osobowość prawną — choćby do podpisywania umów patronackich. Ile osób naprawdę należy do Normalnego Państwa? Ciężko powiedzieć, bo to ruch obywatelski działający na zasadzie wolnej sieci.
— Nie ma legitymacji członkowskich… Jeżeli się z nami zgadzasz, jesteś w ruchu — krótko wyjaśnia Michałowski.
Znak rozpoznawczy to figa.
— Jest niewinna… Chcemy być kulturalni. Niech ten gest stanie się tak popularny jak kiedyś ten — Bratek Michałowski pokazuje solidarnościowe V.
Biznesowy osad
W tym roku (na początku!) do rozdania będzie 200 tys. naklejek. Zamówić je będzie można przez stronę internetową Normalnego Państwa. Będą też dodawane do niektórych gazet, które wspierają kampanię. Od 1 lutego 2006 r. będą dostępne na stacjach benzynowych PKN Orlen w całej Polsce.
— Zdajemy sobie sprawę, że Orlen winien świecić przykładem. Nie tylko w kwestiach biznesowych. Dlatego postanowiliśmy się przyłączyć i udostępnić tak specyficzne medium, którym jest sieć stacji benzynowych. Dziennie odwiedza je kilka milionów osób. Naklejki będą tam sobie leżały — zawsze łatwiej sobie wziąć, trudniej komuś dać — żartuje Dawid Piekarz, rzecznik prasowy PKN Orlen.
To konsekwencja tzw. afery orlenowskiej?
— Jakkolwiek nie miała nic wspólnego z naszym koncernem, to jednak osad został... Myśmy bardzo gruntownie sprzątali na swoim podwórku przez ostatni rok — zarzeka się Dawid Piekarz.
I jednym tchem zawiadamia, że Orlen w 2005 roku: wprowadził przejrzyste procedury zamówień, stworzył kodeks etyczny, przystąpił do PACI (Partnering Against Corruption Initiative) oraz przyjął wszystkie zasady ładu korporacyjnego zalecane przez Giełdę Papierów Wartościowych.
— Orlen musi być wolny od wszelkich podejrzeń! Dajemy temu wyraz, również uczestnicząc w kampanii Normalnego Państwa — podkreśla rzecznik Orlenu.
Kto do kogo się zwrócił?
— Dość późno, bo na początku grudnia wpadliśmy na pomysł, że stacje benzynowe byłyby świetnym miejscem do dystrybucji naklejek. Akurat się wstrzeliliśmy w ich starania… Ale inicjatywa była po naszej stronie — informuje Michałowski.
— Do Lwa nie dzwoniliście przypadkiem?
— Nie, bo nie dysponuje dobrą siecią dystrybucyjną…
Anna Zimecka apeluje:
— Strasznie byśmy chcieli, żeby i inne firmy się do nas przyłączały. Chcemy stworzyć antykorupcyjny łańcuch… Chcemy codziennie dawać nową nadzieję! Czekamy na odzew — www.normalne.pl!
Woda z ogniem
Rynkowa wartość tegorocznej kampanii szacowana jest na 1,5 mln zł. Anna Zimecka podkreśla, że nikt za nic nie brał pieniędzy. Każdy partner kampanii wszystko robił po godzinach — z własnej kieszeni i własnej woli.
— I co najważniejsze, na wszystkich nośnikach nie ma żadnych logotypów — prócz figi. Wszyscy partnerzy na to poszli! Udało się pogodzić wodę z ogniem! — cieszy się menedżerka z SAR-u.
— Pod tym względem to bardzo nietypowa kampania. Tutaj naprawdę każdemu chodzi o autentyczną walkę z korupcją. Zero marketingu. Chcielibyśmy, by się to przerodziło w taką pozytywną epidemię — wzdycha z nadzieją w głosie Magda Matyszkiewicz.
I tym razem symbolem obywatelskiej i antykorupcyjnej identyfikacji, proponowanym przez organizatorów, jest naklejka z wizerunkiem zaciśniętej pięści w geście figi. Zmieniło się hasło. Do „nie daję łapówek” dołożono „nie biorę”.
— Efekt feedbacku... Po stołecznej akcji pilotażowej trafiały do nas sygnały, że pierwotne hasło złośliwie komentowano: nie dajesz? Czyli bierzesz... — z politowaniem komentuje Bartek Michałowski.
