Matka miała powody, bym zrobiła ten film. Chciała podziękować bratu, Rudkowi, którego bohaterstwo sprawiło, że prawie cała rodzina uratowała się z getta — mówi Lena Einhorn, reżyserka „Podróży Niny”.
— A ja zrozumiałam, że film jest jedynym sposobem zachowania tej historii, kiedy moja mama i jej brat już nie żyją — dorzuca po chwili.
„Puls Biznesu”: Kim byli Rajmicowie?
Lena Einhorn: To moja rodzina, polscy Żydzi. Mieszkali w Łodzi. W grudniu 1939 roku powstało tam getto. Dziadkowie przedostali się do Warszawy — wtedy części Generalnej Guberni, a nie obszaru włączonego do Rzeszy. Wydawało im się, że w stolicy będzie bezpieczniej... Rok później rodzina i krewni ze strony ojca — dziadkowie, kuzyni i ich dzieci — trafili do getta. Zamieszkali w kamienicy przy Ogrodowej. W 15 osób. Wśród nich — moja matka Nina, bohaterka filmu.
Dlaczego właśnie teraz zdecydowała się Pani nakręcić ten film?
Mama wracała do tych wspomnień, odkąd pamiętam. Myślała o napisaniu książki, ale nie miała czasu... Kiedy się zdecydowała, okazało się, że jest już za późno. Była śmiertelnie chora na raka, mimo że całe życie — jako lekarka — prowadziła badania nad nowotworami.
Opowiedziała swoją historię w Polsce, przed kamerą filmową. Był to jedyny sposób zachowania tej relacji. Dopiero teraz, po czterech latach po śmierci mamy, udało mi się przystąpić do realizacji filmu.
O jakich wydarzeniach opowiada „Podróż Niny”?
Akcja filmu obejmuje lata 1937–45. Ninę poznajemy jeszcze przed wojną, gdy wyrusza z matką w podróż do rodziny w Nowym Jorku. Zostają tam rok. Matka opiekuje się chorym dziadkiem. Nina zaczyna szkołę. Do Polski wracają tuż przed wybuchem wojny — mimo protestów krewnych. Potem rodzinę Rajmiców Niemcy zamykają w warszawskim getcie. Dwie trzecie filmu jest opowieścią o życiu „tam”.
W czasie likwidacji getta pozostało już niewielu członków rodziny. Ojciec, przed wojną żywiciel rodziny, ekonomista w fabryce Scheiblera w Łodzi, w czasie okupacji nie mógł się odnaleźć. Najbardziej operatywny okazał się brat matki — Rudek, który wstąpił do tzw. żydowskiej policji. Podczas powstania w getcie wyszmuglował stamtąd moją matkę Ninę, babkę Fanny — no i siebie. Kiedy wrócił po ojca, zobaczył, że go wywożą do Majdanka... Pozostali byli przechowywani po aryjskiej stronie, uratowano im życie. Film kończy się wiosną 1945 roku.
A co się stało za murem getta?
Fanny zginęła w sierpniu 1944 roku w Powstaniu Warszawskim, na Starówce. Pochowano ją w zbiorowej mogile — z innymi powstańcami i ludźmi, którzy ukrywali się w kościele na Nowym Mieście. Moja matka po wojnie dostała się na studia, uznano jej maturę (co było marzeniem babki Fanny), którą zrobiła w getcie, na studia wróciła do rodzinnej Łodzi. Tam poznała mego ojca — studiował rok niżej, bo nie miał matury. Latem 1946 roku wyjechali na stypendium do Kopenhagi. Podczas pobytu każde z osobna otrzymało wiadomości od kuzynów o pogromie kieleckim. Rodzice zdecydowali się nie wracać. Przedostali się do Szwecji i tam kontynuowali studia, w Uppsali. Urodziłam się w 1954 roku w Szwecji, mój brat — w 1955.
Poszła Pani w ślady rodziców i zajęła medycyną?
Tak. I ja, i brat skończyliśmy studia medyczne. Ale on jest pisarzem, a ja reżyseruję filmy.
W 1989 roku byłam w Izraelu na studiach doktoranckich i otrzymałam propozycję od przedstawicieli telewizji Lifetime z Nowego Jorku, by zostać konsultantem filmów i programów medycznych. Potem zaczęłam sama realizować programy dokumentalne o tematyce popularnonaukowej, filmy dokumentalne — np. „Loving Greta Garbo”, i fabularne. Najbardziej osobisty jest, rzecz jasna, ten o historii mojej rodziny.
Jak przebiega jego realizacja?
— To mój najdłuższy pobyt w Polsce. Poznałam polskich aktorów, pracowałam z polską ekipą techniczną. Mimo że sama nie mówię po polsku (rodzice celowo nie nauczyli mnie języka, gdyż chcieli, abyśmy z bratem się w Szwecji zasymilowali) i bez tłumacza nie porozumiewam się na planie, chciałam, by film był w językach, w których mówili jego bohaterowie: jidysz, polskim i niemieckim.
Z polskimi aktorami pracuje się świetnie — Agnieszka Grochowska (gra moją matkę) ma trudną rolę, bo w filmie jest i dwunastolatką i dwudziestoparoletnią kobietą. Co ciekawe — nie musieliśmy jej nawet charakteryzować... Maria Chwalibóg — znana w Polsce z kultowego filmu Agnieszki Holland „Kobieta samotna” — nawet zewnętrznie jest podobna do mojej babki Fanny! Zdjęcia kręciliśmy w starej warszawskiej Fabryce Wódek Koneser, której pomieszczenia przerobiliśmy na wnętrze niemieckiego szopu — czyli fabryki w getcie, gdzie babka z matką szyły i reperowały niemieckie mundury. Około 300 osób zatrudnionych w szopach przetrwało getto. Ale praca w nich nie gwarantowała przeżycia.
Jak zdobyła Pani pieniądze na film?
No nie było łatwo... Ale może szczególna forma — film fabularny z prawdziwym narratorem — zwróciła na niego uwagę producentów. Budżet wyniósł około 3,5 mln zł. To przede wszystkim koszty powstania scenariusza — wywiad zarejestrowano na taśmie 16 mm — potem został przeniesiony na taśmę 35 mm. Oprócz tego 22 dni zdjęciowe w Polsce i montaż w Szwecji. Pieniądze uzyskałam też dlatego, że przekonałam producentów, że to nie kolejny film o holocauście. „Podróż Niny” jest podróżą od dzieciństwa w dorosłość, podróżą rozumianą jako przetrwanie, sposób na przetrwanie w szalejącym wokół pandemonium. A także dosłowną podróżą: częścią życia bohaterki. Poza tym... Paradoksalnie czasy getta to dla mej matki czasy szczęśliwe — miała tam swe przyjaźnie, pierwsze miłości, dojrzewała, udało jej się zrobić maturę. Jej silna wola życia i radość życia spowodowały, że uniknęła śmierci.
I o tym jest ten film.
