Negatywne opinie S&P na temat Węgier wywołały przepływ części kapitałów do Polski. Agencja zapowiedziała również, że może poprawić swoje opinie o polskim długu.
Z Ameryki
To był już piąty tydzień wzrostów. Ale są to ciągle wzrosty z bardzo małym wolumenem. Zwiększyły się nieco w ubiegłym tygodniu, po oficjalnym zakończeniu sezonu urlopowego, ale duże kapitały są nadal poza rynkiem. Wydarzeniem miało być wystąpienie Alana Greenspana, ale nie spełnił on oczekiwań inwestorów. Według szefa Fed wszystko jest pod kontrolą, a gospodarka się rozwija. W wystąpieniu było jednak również zdanie, których większość komentarzy nie przytacza: „wydatki konsumentów wyraźnie spadły i bardziej umiarkowany był przyrost zatrudnienia”. To wcale nie jest optymistyczna ocena sytuacji. Raport Fed, zwany Beżową Księgą, też nie był optymistyczny. Stwierdzono, że gospodarka w lipcu i sierpniu rozwijała się, ale tempo ożywienia spadło. Można powiedzieć, że szef Fed starał się przed wyborami prezydenckim brzmieć optymistycznie, ale fakty, którymi są na przykład ubiegłotygodniowe dane makro, nie sygnalizują nadchodzącego powrotu silnego ożywienia gospodarczego.
Zapowiada się teraz ciekawy tydzień (przed posiedzeniem Fed). Dane makro będą analizowane bardzo dokładnie. Zaczniemy od sierpniowej sprzedaży detalicznej. Analitycy boją się, że słabe zarobki i wzrost cen ropy zmniejszą chęć do zakupów. Prognozy Wal-Mart też nie napawają optymizmem. Poza tym przychody pracowników spadły w pierwszym kwartale (po uwzględnieniu inflacji) o 1,6 proc., a w drugim o 0,4 proc. Jak długo jeszcze Amerykanie będą kupowali na kredyt, utrzymując wzrost gospodarczy? Nie tylko dane o sprzedaży detalicznej pokażą, jakie jest nastawienie konsumenta. Dowiemy się też, jaki jest wstępny, wrześniowy odczyt indeksu nastroju Uniwersytetu Michigan. Powinien być bardzo pozytywny skoro dane z rynku pracy były dobre, indeksy rosły, a cena ropy spadała. Tak będzie zakładał rynek i bardzo nieprzyjemnym, zimnym prysznicem byłoby, gdyby okazało się, że nastroje są słabe.
Stan gospodarki pokażą nam dane o wykorzystanie potencjału produkcyjnego i dynamice produkcji oraz indeksy NY Empire State i Filadelfia Fed. Dowiemy się też, jaka w sierpniu była inflacja na poziomie konsumentów. Zapewne okaże się, że była niewielka, ale jest pewien problem. Tydzień temu pisałem, że w raporcie o CPI bierze się pod uwagę nie ceny domów, a jedynie koszty wynajmu. Stanowią one aż 25 proc. całego wskaźnika inflacji i do tej pory ją zdecydowanie zaniżały. Analitycy rynku nieruchomości twierdzą, że rośnie popyt na wynajem, a to będzie prowadziło ceny (i oczywiście inflację) do góry. Tak więc wcześniej inflacja była zaniżana, a teraz będzie zawyżana. Nie jest to zupełnie obojętne dla rynków, bo giełdy kierują się nastrojami i mało kto będzie dzielił włos na czworo, jeśli zobaczy rosnącą inflację. Poza tym oczekiwania inflacyjne mogą napędzać samą inflację. Są również płatności z ubezpieczenia społecznego i niektóre kontrakty powiązane z oficjalną stopą inflacji. Przypuszczam jednak, że wpływ tego czynnika będzie widoczny nieco później.
W tym tygodniu spółki nadal będą informować o tym, czego będzie się można spodziewać po ich raportach za trzeci kwartał i będą korygowały prognozy. Pierwszymi takimi spółkami były Intel, Texas Instruments i Alcoa. Prognozy z reguły były gorsze od oczekiwań rynku. W tym tygodniu uwaga skupi się na kwartalnym wyniku Oracle i jej prognozach. To może mieć kluczowe znaczenie zarówno dla indeksu Nasdaq jak i całego rynku. Słabe prognozy Oracle, olbrzymiej spółki z sektora programowania, w połączeniu z równie słabymi Intela, którego podzespoły służą do produkcji komputerów, mogą inwestorów naprawdę przestraszyć. Dobre prognozy podniosłyby nie tylko kurs Oracle, ale i na przykład Microsoftu, który ma duży udział we wszystkich indeksach.
Wszyscy twierdzą, że wrzesień jest historycznie miesiącem najgorszym dla akcji w całym roku. To prawda, ale jak ma się do tego twierdzenie, że cykl prezydencki przynosi wzrosty indeksów? Jak się dobrze popatrzy, to okaże się, że na 11 elekcji od 1960 roku tylko trzy razy w latach wyborczych wrzesień zakończył się spadkiem, a tylko raz (w 2000 r.) spadkiem wyraźnym. Tym razem historia pomaga bykom. To oczywiście o niczym nie świadczy, ale upada argument o konieczności słabego zakończenia września. Dużo zależy od sondaży prezydenckich. Im bardziej będzie widoczna w nich przewaga prezydenta Busha, tym lepiej dla akcji. To fakty i nie ma to nic wspólnego z oceną tej prezydentury. Gdyby jednak sondaże pokazywały zmienność poparcia elektoratu, to rynek będzie się w ich rytm wahał. Na razie prezydent Bush wyraźnie wygrywa, więc wszystko zależy od danych makro, a żadnych sygnałów sprzedaż nie ma.
Z Polski
Nasze indeksy też rosły i to już czwarty tydzień. Szczególnie mocne były banki. Zagranica wyraźnie doszła do wniosku, że dużo akcji PKO BP nie kupi i postanowiła kupować to, co jest dostępne i tanie. W nadchodzącym tygodniu również w Polsce zostaną opublikowane bardzo ważne dane. Dowiemy się, jaka była inflacja na poziomie konsumenta (CPI) i na poziomie producenta (PPI). Będzie to chwila prawdy dla RPP, która twierdziła, że inflacja będzie rosła. Co prawda analitycy też mówili o szczycie inflacji w sierpniu, więc jeśli wzrośnie, to o niczym nie będzie świadczyło. Ważna wtedy będzie skala wzrostu. Gdyby jednak spadła to sygnalizowałoby, że RPP się myli. Gdyby jeszcze do tego raport o sierpniowej dynamice produkcji przemysłowej był znowu nienajlepszy, to rada miałaby o czym myśleć. „GW” z 9 września opublikowała artykuł Krzysztofa Rybińskiego, wiceprezesa NBP, na temat projekcji inflacji. Ekonomia tak naprawdę jest raczej sztuką, a osiągnięcia twórców poznajemy z czasem. Odbiór sztuki jest subiektywny, więc nic dziwnego, że NBP ma takie, a nie inne poglądy. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na trzy, według mnie, najważniejsze elementy tego artykułu.
Po pierwsze autor twierdzi, że niesłusznie utożsamiano projekcję inflacji z prognozą. Otóż nie ma dla mnie znaczenia, czy to jest prognoza czy projekcja tak długo, jak na jej podstawie podejmuje się decyzje, które są ważne dla gospodarki. A przecież członkowie RPP po podjęciu decyzji twierdzili, że powodem była projekcja inflacji. Po drugie prezes twierdzi, że związki zawodowe i firmy przy żądaniu podwyżek płac (...) nie powinny kierować się projekcją, tylko celem inflacyjnym NBP, który wynosi 2,5 proc. Celem inflacyjnym, którego radzie nigdy nie udało się prawidłowo ustawić? I po trzecie zwalczając poglądy o wzroście bezrobocia, który sponsoruje RPP, autor twierdzi, że jak Kowalski i koledzy z firmy powstrzymają się od żądania wyższych płac, to firmę będzie stać, by zatrudnić bezrobotnego Nowaka. Nie ma zgody. Oszczędzone pieniądze dużo szybciej zasilą zysk właściciela, zwiększą inwestycje (niekoniecznie zwiększające zatrudnienie) czy umożliwię podwyżki płac załodze, która się do tej pory powstrzymywała od żądań płacowych. Wiceprezes NBP święcie wierzy w to, że przypływ podnosi wszystkie łodzie nie zauważając, że w neoliberalnej gospodarce to prawo praktycznie nie działa. Ale nic dziwnego, że przy takim sposobie myślenia naszych czołowych ekonomistów możemy się po RPP spodziewać wszystkiego, co najgorsze, o czym zresztą świadczą ostatnie wypowiedzi jej członków, zapowiadających, że będą za wszelką cenę dążyli do osiągnięcia celu inflacyjnego.
Wróćmy do giełdy i popatrzmy, co oprócz danych o inflacji, może na nią oddziaływać. Negatywne opinie agencji Standard & Poor’s na temat gospodarki węgierskiej sprowadziły na giełdę węgierską korektę. Część kapitałów z pewnością przepłynęła i może nadal przepływać na rynek polski szczególnie, że S&P zapowiedział, iż możliwe jest podniesienie perspektywy ratingu dla polskiego długu. Poza tym rząd przyjął założenie budżetowe, a wicepremier Hausner ocenia, że 1/3 jego planu została już zrealizowana. Co prawda projekt budżetu i to, co z niego zostanie, to dwie różne sprawy. Do zrealizowania planu reformy finansów też jest bardzo daleko i wątpię, by przed wyborami dużo z niego zostało, ale rynek ocenił dobrze taki rozwój sytuacji. Agencje ratingowe działają stadnie i rację ma wicepremier Hausner twierdząc, że w najbliższych dniach podniosą ocenę wiarygodności kredytowej Polski.
Obawiam się jednak, że na przełomie roku znajdą się fundusze, które zaczną bardziej agresywnie sprzedawać akcje, widząc co się w Polsce dzieje. Po wyborach prawdopodobnie nie da się złożyć żadnego sensownego rządu, pozycja prezydenta jest coraz słabsza, skłócamy się z Rosją, Niemcami, Eurolandem, a z Chinami mamy na pieńku już od dawna. Nieciekawy to obraz. Cały świat, troszcząc się o swoich obywateli, dba o utrzymywanie co najmniej poprawnych stosunków z Chinami i Rosją. To są olbrzymie rynki zbytu i dzięki nim możliwy jest rozwój gospodarki i zwiększanie zatrudnienia. Dla naszych polityków te cele nie są ważne. Najważniejsze jest, by produkując czystą demagogię uzyskać parę punktów poparcia. Przydałoby się, by politycy (i media) stały się bardziej pragmatyczne i mniej zbawiały świat. Całe szczęście, że na razie nikt nie grzebie przy gospodarce, ale przed wyborami i to się zacznie.
Generalnie nastroje na GPW są dobre, a układ techniczny prowzrostowy, ale rynek krąży blisko strefy wykupienia i bardzo przydałaby mu się korekta lub konsolidacja. Powinna nastąpić w okolicach szczytu wszechczasów na indeksie WIG. Wiem jednak, że jeśli inwestorzy zagraniczni zabiorą się za nasz rynek, to żadne wykupienie techniczne nie działa i dlatego jestem bardzo ostrożny w prognozowaniu korekty, która nastąpi, kiedy nikt nie będzie się tego spodziewał. Nawet jednak, gdyby wystąpiła, to, jeśli nie nastąpi nagłe i znaczne pogorszenie sytuacji na świecie, powinna być tylko przerwą w zwyżce.