Miał w nosie tendencje. Sam je wyznaczał. Później było inaczej. Ale od jakiegoś czasu wraca do roli motoryzacyjnego skandalisty. Popatrzcie na Cactusa!

Kontrowersyjny wygląd, nietypowe rozwiązania i tryumf stylu nad praktycznością. Innymi słowy: Citroen jak za dawnych lat. Wygląda jak mały SUV, ale nim nie jest. Ma w nazwie C4, ale bliżej mu do C3 (powstał na jego podłodze). Jest przestronny, ale widoczność (szczególnie do tyłu) pozostawia wiele do życzenia. Ma też jednak „to coś”. Tym razem nie chodzi jednak o pierwiastek wspaniałości, tylko o coś w drzwiach i na zderzakach. Airbump. Wypełnione powietrzem panele ze sztucznego tworzywa. Nie tylko nadają autu niepowtarzalny charakter, ale i minimalizują ryzyko parkingowych uszkodzeń.
Poduszka powietrzna dla pasażera jest w podsufitce. A to dlatego, by schowek mógł być większy. Jeśli wybierzesz wersję ze zautomatyzowaną przekładnią, to z przodu zamiast dwóch foteli będziesz miał kanapę. Urocze. Fotele. Mówią o nich, że są jak sofa. No i są. Zapadasz się i zapadasz. Ma się wrażenie, że wcześniej dojedzie się do pracy, niż skończy się to zapadanie. Na dłuższych trasach ból w krzyżu murowany. Prowadzenie? No cóż. Miękko i mało pewnie. Ale mieści się w opinii „dostatecznie”.
Z bogatej gamy Cactusa proponujemy 110-konny silnik benzynowy. Słabsze są zbyt słabe, by radzić sobie z tym autem i jego pasażerami (no chyba, że podróżujesz sam). 110 KM pasuje jak ulał. I w ogóle nie czuć, że to tylko trzy cylindry. Zaproponowana przez nas wersja wyposażenia to – naszym zdaniem – pakiet minimum do tego auta. Jeśli rozważasz dodatkowe wyposażenie, pomyśl o kamerze cofania – przyda się. Kosztuje 3500 zł (pakiet „parkowanie”). Jako alternatywę proponujemy Nissana Juke. Głównie dlatego, że swego czasu wzbudził podobne kontrowersje stylistyką. Masz zatem do wyboru dwa auta o przedziwnej urodzie. Oba bardziej miejskie niż turystyczne. Ceny podobne (na korzyść Citroena), wyposażenie podobne (na korzyść Nissana). Który wybierzesz, możesz być pewien, że będą się za tobą oglądali. A dla młodszych czytelników (bo w sumie to ich wziął na celownik Cactus): żakinada to studencka zabawa. Impreza znaczy. Koniecznie przebierana.